• Janina Markiewicz

  • Jan Nafalski

  • Kazimierz Nikodemowicz

  • Maria Paczocha

  • Maksymilian Papiorek

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Znajdź na naszej witrynie

Gościmy

Odwiedza nas 27 gości oraz 0 użytkowników.

Facebook

W związku z Jubileuszem 65-lecia Energetyka-Elektronika powstał poemat zatytułowany "Erykomachia, czyli złoty wiek Elektronika", obejmujący historię Naszej Szkoły od początku jej istnienia do roku 1988, ze szczególnym uwzględnieniem kadencji dyrektorskich Bronisława Wieruszewskiego i Ireneusza Warzechy, które - w zgodnej opinii pedagogów oraz absolwentów tego okresu - uznawane są jako złoty wiek naszej Alma Mater. Poemat składa się z siedmiu pieśni, które sukcesywnie będą prezentowane na łamach tego blogu. Dla ułatwienia lektury każda strofa jest numerowana. Cały tekst poematu dostępny będzie (w formacie pdf z przypisami dolnymi) w zakładce "Plikownia". A teraz - tradycyjnie już - życzę wszystkim Czytelnikom miłej lektury! 

  PIEŚŃ I    
1 Nie wszystko srebro, co srebrnie nazwane,
Ot, choćby skronie wieku dojrzałego;
Za to wspomnienie, co w sercu chowane,
Cenniejsze bywa od kruszcu złotego;
W ten czas szczególny niech będzie mi dane
Śpiewać pochwałę wieku minionego,
Gdyśmy - prócz ducha - ciałem byli młodzi;
Słuchajcie tedy – wszak to nie zaszkodzi.
2 W mieście, co szumnie zwą go Srebrnym Grodem,
Choć Bóg wie jeden, czy mają w tym rację,
W mieście, gdziem przeżył lata swoje młode,
I odbierałem pilnie edukację,
Była opera, park, zoo z ogrodem,
Główna ulica z widokiem na stację,
Hut dwie, sześć kopalń z węglem przewybornym,
I był opodal rynku Plac Klasztorny.
3 Nad miejscem owym od wieków strażował
Kościół świętego Wojciecha imieniem,
Co w murach swoich braci mniejszych  chował;
Obok – nieduży, czym budził zdziwienie,
Budynek, co być szkołą usiłował,
Chociaż wzniesiony z innym przeznaczeniem
(Ponoć przed laty był urzędem pracy,
Potem we władztwo go dostali żacy).
4 Nie wiem na dobre czy wyszła zamiana,
Historia kryje wiele sprzecznych racji,
Władza aliści od ludu wybrana,
Postanowiła po deliberacji:
„Wiedza potęgą, wszak to prawda znana,
Damy więc młodym szansę edukacji
I zamiast dawnych czasów panoptikum
Mieścić się odtąd będzie tu technikum”.
5 Że miasto z dawna stało tramwajami,
Trzeba dbać o nie, umieć je naprawiać;
„No, rozumicie, my jesteśmy z wami,
Ale wciąż wyższe cele trzeba stawiać”.
Tak więc dyrektor z nauczycielami
Dostali prikaz: pytań nie zadawać,
Szybko i sprawnie kształcić przedniej marki
Od komunalnej speców gospodarki.
6 Pierwszym dyrektorem został doktor prawa,
Choć rzec tu trzeba z niejakim przekąsem,
Że dyrektorować trudna była sprawa,
Gdy żyw był ciągle upiór Józia z wąsem ;
Starań moc włożył i za to mu brawa,
Żonie za dekor tudzież kółko z pląsem;
Lecz go zmieniono, bowiem nie był w fazie
Z władzą - po linii ani też po bazie.
7 Jego następcy bardziej się udało -
Trafił na odwilż i czas gomułkowski.
Gdy wokół wiatrem cieplejszym powiało,
Ster wziął inżynier z włosem tycjanowskim;
W szkole też jakby nieco znormalniało
I niekoniecznie w duchu stachanowskim
Dni upływały bez zbędnej przynuki,
Choć nie znikł całkiem duch Józia z nauki.
8 Szczery się zapał wśród młodzieży wzniecił
I wszystkie klasy pilnie się uczyły
Arkanów trakcji, taboru i sieci;
Chwałą promocji wkrótce się okryły
Roczniki pierwszy i drugi, i trzeci.
Jednak się wkrótce potem objawiły
W technikum nowe odgórne wytyczne
I zmiana nazwy na Energetyczne.
9 Dyrektor, gronu rzucając wyzwanie,
Rzekł: „Choć beze mnie - dacie radę, tuszę;
Tobie, zastępco, zwierzam to zadanie,
Valgame Dios!  - ja na Kubę muszę”.
A że zastępcy dyrektorowanie
Głaskało wielce dość ambitną duszę,
Nie myślał długo, jeśli mam być szczery,
I przejął nad Energetykiem stery.
10 Tak rozpoczęła się era Wierusia
W której dla szkoły działał niestrudzenie;
Odkąd na stolcu dyrektorskim usiadł,
Dbał o jej rangę, dbał o jej znaczenie.
Nawet niechętny przyznać szczerze musiał,
Że notowania wzrosły jej szalenie:
Był Energetyk w bytomskich szkół szpicy,
Miał uczniów z kraju, miał i z zagranicy.
11 Zastępcą został Jasiu. W jednym słowie:
Historyk, wzrostu napoleońskiego,
Co szkoły całej plan godzin miał w głowie,
Z nazwiska ucznia znał niemal każdego.
Operatywny, wielce wprawny w mowie,
Organizator życia harcerskiego;
Oprócz pamięci błyszczał zębem złotym,
Lecz fanom dymka robił wciąż naloty.
12 W przerwach do męskiej toalety wpadał,
Z nagła, rzecz jasna, i bez ostrzeżenia,
I osławione słowa wypowiadał:
„Rączki do góry! – Masz pety w kieszeniach?”
Podczas klasówek, kiedy temat zadał,
Wychodził w celu uwagi uśpienia,
Jak bomba wracał, celując w pacjenta:
„Rączki do góry!” - i miał delikwenta.
13 Przez dawnych uczniów ciągle pamiętany
Jako maestro obozów wędrownych,
Nie bez kozery „Harcerzykiem” zwany;
Noc, toń jeziora, krajobraz czarowny,
Łodzie, namioty i krąg rozśpiewany…
Jak tu zapomnieć chwil tyle cudownych?
Z tych wszystkich przyczyn Jasiu jest w atencji,
Szkoda, że rzucił nas dla konkurencji.
14 Była w tej szkole jedną z polonistek
Wysokich lotów, koturnowej próby,
Kopcią nazwana; pierwsza wśród purystek,
Krzewiciel lektur, strażnik kindersztuby,
Marmur i posąg - drżał przed nią lud wszystek,
Bo zdrowo uczniom przykręcała śruby.
Postrach leserów i tępiciel gwary,
Piątce u Kopci nikt nie dawał wiary.
15 Raz z Janka mało nie uciekła dusza,
Bo był z lektury jak pergamin cienki,
Kiedy wyrwany z „Pana Tadeusza”,
Rzekł, że „Tadeusz godoł do Zosiyńki”,
Którym stwierdzeniem tak Kopcię rozjusza,
Że mu smaruje „łabędzia” od ręki,
Lejąc na głowę kubeł z zimną wodą
Tudzież słowami: „Jo ci tu pogodom!”
16 Że ma na okres dostateczny czysty
Wyliczył inny Janek w sposób chwacki,
Przeto ząb wyrwać poszedł do dentysty,
Pewien że znów go sięgną Kopci macki
(A że nie umiał - fakt był oczywisty
Stąd też i krok ten zgoła desperacki).
Tak przed pytaniem sprytnie się uchował,
Choć szóstkę stracił - trójkę uratował.
17 Z kupionym wiadrem piwa od karczmarza
Szedł Krzych na chatę w klasowym zespole.
Wtem im Kopećkę spotkać los nadarza:
„Co tam niesiecie? Czemuście nie w szkole?”
„Szczyny niesiemy do weterynarza
Chorego konia”. – Tak wywiedli w pole
Estetkę, która łgarzom wiarę dała,
Co ocaliło im znaną część ciała.
18 Uczył też wonczas (któż pamięta o tem?)
Ignac, którego sekret dawny zdradzę:
Był w czasie wojny myśliwskim pilotem.
Choć się bądź jakiej nie dawał łamadze,
I wciąż zaliczał dzielnie lot za lotem,
Jednak go strącił któryś kamikadze.
Choć się poparzył i nawet potrzaskał,
Jakoś się z tego cudem wykaraskał.
19 Miał być dyrektorem, lecz że „andersowy”,
Uczył młódź jeno rosyjskiego z chemią.
Do kina ongiś na film szlagierowy,
Gdzie Janusz z klasą czmychnęli in gremio,
Wpadł z nagła Ignac jak w locie bojowym:
Powiódł do szkoły, gdzie zgodnie z paremią:
„Marny zła koniec, choć miłe początki”,
Ze sprawowania potracili piątki.
20 Raz urwis Jurek stroił z niego szutki,
Więc Ignac zaczął solić mu dwójczyny;
Czując wciąż mocniej swoich żartów skutki,
Głowił się młodzian jak odkupić winy,
Aż z pozbieranej od kolegów zrzutki
Gramofon sprawił mu na przeprosiny.
Ignac obiecał dłużej się nie gniewać,
Odtąd z płyt ruskich piosnek uczył śpiewać.
21 Niemal ab urbe condita  był trafił
Do nas Mieczysław, co przydomka nie miał;
I ekonomii oraz geografii
Uczył, a przy tym pogodą promieniał;
Dzielić uśmiechem jak nikt się potrafił,
Każdą swą lekcję w czas przyjemny zmieniał
I rozpogadzał każdą twarz ponurą,
Bo świetnie łączył dowcip wraz z kulturą.
       
  (ciąg dalszy nastąpi)   Krzysztof Woźniak Va 1975
Powered by Bullraider.com