• To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Zamawianie biuletynu

Włącz swój javascript, aby przesłać ten formularz

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
piotrowski_antoni.jpg - 1.70 KB  Nauczane przedmioty: maszyny elektryczne, materiałoznawstwo, bhp
Wykształcenie: wyższe
Tytuł: mgr inż.
Lata pracy:
Ksywka: Szewc
 
Charakterystyka:

piotrowski_antoni_1.jpg - 8.38 KBMało kto wie, że prawdziwe nazwisko profesora brzmi Antoni Arbesbauer. Pochodził z dalekich Kresów - z Metanówki na obrzeżach Podola (obecnie obwód winnicki w środkowej części Ukrainy). W roku 1933 obronił pracę dyplomową na Wydziale Elektrycznym Politechniki Lwowskiej, uzyskując dyplom inżyniera elektryka. Do końca życia uważał zresztą tę Politechnikę za jedyną liczącą się uczelnię techniczną. Twierdził, że po wojnie "przerobili" mu i nazwisko (na Piotrowski), i dyplom - z inżyniera na magistra inżyniera.

Powojenne losy rzuciły go niemal 1000 km na zachód od stron rodzinnych - do Bytomia. Po przyjeździe do naszego miasta zabrał się energicznie za uruchamianie podstacji elektroenergetycznych, dzięki czemu w Bytomiu w dość krótkim czasie popłynął prąd.

Lata pełnej aktywności popularnego "Szewca" w naszej szkole przypadają na początkowy okres funkcjonowania Technikum Energetycznego, czyli przełom lat 50. i 60. XX wieku. Uczył głównie maszyn elektrycznych, a potem - w niepełnym wymiarze godzin - bhp. Wychowawca klas Va z 1962 i 1965 r.

Był zagorzałym amatorem turystyki i niestrudzonym propagatorem Ligi Ochrony Przyrody. Z podziwu godną wytrwałością przemierzał różne szlaki turystyczne. Niezwykle szarmancki wobec pań, często przynosił im kwiatki ze swego ogródka.

Więcej o nauczycielu:

Postaci prof. Piotrowskiego poświęcony był jeden z rozdziałów "Monografii bytomskiego Elektronika 1953-2013", z którego pochodzą poniższe fragmenty:

Jan Dziedzic (Vb 1963):

Natychmiast po zakończeniu działań wojennych i po przyjeździe ze Lwowa do Bytomia, profesor Piotrowski, słynny „Szewc”, zabrał się (oczywiście nie sam) za uruchomienie poszczególnych podstacji elektroenergetycznych. Dzięki niemu Bytom dość szybko miał zapewniony dostęp do energii elektrycznej. Mieszkał na ulicy Batorego, w takim starym domku (teraz mieści się tam wolny handel). I właśnie tam, na tej ulicy, najdłużej świeciły lampy GAZOWE! Pamiętam jak wieczorem „gazowy” jechał na rowerze i zatrzymywał się przy każdej latarni i specjalnym, długim drążkiem je zapalał.

Henryk Cebulla (Va 1967)

„Szewc” to był prawdziwy oryginał. Miałem z nim materiałoznawstwo. Mówił, że ukończył najlepszą uczelnię - Politechnikę Lwowską i ma tytuł dyplomowanego inżyniera, a nie taki, na jaki mu przerobiono po wojnie, tj. magistra inżyniera. Zwracać sie też musiano do niego per „panie magistrze”, a nie „panie profesorze”. A gawędziarzem był bardzo dobrym i czasem przegadał całą lekcję.

Jan Jendrzej (Va 1965):

Nie mogę odmówić sobie przyjemności, by powspominać „dyplomowanego inżyniera” Piotrowskiego, naszego wychowawcę. Tak jak wspomniał Heniek, był wspaniałym gawędziarzem. Lubił i umiał opowiadać - najlepiej historie ze swoich czasów studenckich, miał swoje ulubione. O tym, jak skutecznie przegonili Żydów, jak policja nie mogła im nic zrobić na terenie uczelni, bo był to teren prywatny, i dużo, dużo innych, bardzo ciekawych wspomnień. Mogliśmy wczuć się w atmosferę tamtych czasów. Ponieważ miałem żywą wyobraźnię, widziałem te zdarzenia jak w kinie. Podczas opowiadania „Szewc” sam parskał śmiechem, przypominając sobie te zdarzenia. Niektóre opowiadał kilkakrotnie, za naszą, uczniowską sprawą. Z pełną premedytacją bowiem, chcąc uniknąć odpytywania, namawialiśmy Go do ponownego powrotu do znanego nam powszechnie faktu z Jego życia. A On zrazu zdumiewał się, pytając:

- Na pewno tego nie znacie, przecież w waszej klasie już to opowiadałem? – Na to my zgodnym chórem odpowiadaliśmy: - Nie, inżynierze, u nas nie! Na pewno w innej klasie! - Spozierał na nas podejrzliwie, czy przypadkiem nie robimy go w konia. Ale patrzyliśmy nań tak niewinnie, że poprawiał okulary i zaczynał opowiadać… Po zakończeniu swej gawędy, na poły groźnie stwierdzał: - No, znowu uniknęliście przepytania, ale następnym razem... - i przystępował do wykładu, bo czasu pozostawało już bardzo mało.

Mieliśmy na „Szewca” jeszcze inną metodę: Miał jeden, bardzo ważny według Niego, temat wykładu, który jego zdaniem wszyscy uczniowie powinni dobrze zrozumieć, by w ogóle mieć pojęcie o maszynach elektrycznych. Było to zagadnienie poślizgu żłobkowego. Gdy była zaplanowana kartkówka, już przed wejściem Inżyniera do klasy podchodziliśmy do Niego prosząc o powtórzenie wykładu, gdyż (niby) nie zrozumieliśmy. Było pewne że złapie. Tak naprawdę zastanawiam się, kto kogo przechytrzył? Czy jego pamięć była tak słaba, czy też z premedytacją opowiadał nam ponownie te same historyjki, gdyż pasjami to lubił?

Jan Dziedzic:

„Szewc” miał jakieś bardzo stare auto. Ponieważ dość często się psuło, dlatego w bagażniku woził dosłownie wszystko. Żartował, że jeszcze brakuje mu tylko małej tokarki. Myślę, że przydomek „Szewc” powstał w wyniku częstego powtarzania uczniowi przy tablicy – „Rób to fachowo, jak elektryk, NIE JAK SZEWC”. W interpretacji pojęć fachowych był bardzo skrupulatny i wymagający. Pamiętam, jak już po dwóch latach nauki „Podstaw elektrotechniki” (a nie był to jego przedmiot) zapytał nas o podstawowe definicje, prądu napięcia, mocy itp. Odpowiadaliśmy śpiewająco. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy profesor Piotrowski powiedział:

- Wam się tylko zdaje, że to umiecie, wy tego nie czujecie, tylko bezmyślnie klepiecie definicje! - I od razu dla potwierdzenia tego faktu pokazał palcem na gniazdko w ścianie i zapytał klasę: - Jaki w tym gniazdku płynie prąd? - Odpowiedzi były żenujące. I praktycznie od zera zaczął nas uczyć „Podstaw”, po swojemu, z „rozumem”. To ON nauczył mnie i innych tej „elektryki”!

A nawiązując do uczelni którą skończył, a którą zawsze cenił i wyróżniał (Politechnika Lwowska), to często używał takiego określenia dla „mniej szacownych”, innych uczelni: „Akademia Gotowania Na Gazie Bez Gazu”.

Wiesław Lipka (Vb 1970):

Moim zdaniem słynne pseudo „Szewc” wzięło się z jego przekory. Inżynier Piotrowski, sprawdzając poziom wiedzy delikwenta, miał swój sposób. Mówił po prostu:

- Ty mi nie mów, jak do kogoś, kto się na tym zna, ty powiedz to tak, jakbyś mówił do szewca.

Całe akapity wykutego „na blachę” tekstu diabli brali....

Oprócz obowiązku nauki przedmiotu „Szewc” miał swoją cichą, niemal niezauważalną pasję. Pamiętam jak z wiecznym papierosem snuł się po holu lub stał gdzieś w kąciku; szary, prawie niewidoczny na tle przewalającej się młodzieży. Kiedyś na przerwie złapał mnie za rękaw:

- Stój, - powiada - muszę ci powiedzieć, że Anka to się spotyka z Piotrkiem z Va, haaaaha! - Zbaraniałem; rzeczywiście, jakąś godzinę temu rozmawiałem z nią; ale skąd profesor wiedział?

„Szewc” jakby wyczuł mój stan psychiczny i wyciągnął kajecik. Mniejszy od dziennika, mocno wysłużony i poplamiony (profesor znany był z tego, że nieco parskał przy rozmowie). Kiedy go otworzył, wtedy zobaczyłem, że jest to rodzaj kartoteki z rubrykami, w których było dużo nazwisk, jakieś gwiazdki, kwadraciki, trójkąty.... Wyglądałem chyba dziwnie, bo „Szewc” łypnął na mnie okiem, coś zamruczał i patrząc w rubryki, obwieścił triumfalnie:

- Ta Danuśka - czarnulka, może być, ale M...... to nie, bo widzisz, ona jest blondynką, a ty czarny - będziecie mieli rude dzieci... - Zaśmiał się chrapliwie, machnął ręką i poszedł... na obserwację chyba. Taka praca pozalekcyjna...!

Jan Jendrzej:

Inżynier Piotrowski był człowiekiem o niesamowitym podejściu do swoich uczniów. Lubił nas, przyrodę i przygody, kochał atmosferę szkoły. Chyba w naszym, ludzi bardzo młodych, towarzystwie czuł się wyśmienicie, czuł się najlepiej. Bardzo chętnie organizował wycieczki klasowe i był ich znakomitym organizatorem. Wiedział, że zasoby pieniężne przeważającej większości naszych rodziców były skromne. Kalkulował nasze wyjazdy tak (zresztą jak większość nauczycieli, o których chciałbym w przyszłości także co nieco wspomnieć), by były na naszą kieszeń.

Kilkudniowa marcowa wycieczka do Zwardonia. Skrupulatnie liczył chętnych, posiadających narty, mających ochotę, no i niezbędne pieniądze. Bardzo chciał, by wycieczka doszła do skutku. [...]

Nasz wychowawca dbał o to, byśmy wynieśli najlepsze wrażenia z wyjazdu, cieszył się naszą radością. A warunki narciarskie były znakomite. Z wielką ochotą zjeżdżaliśmy z góry, a On pilnował nas, niczym kwoka piskląt, spacerując na nartach w miejscach, z których mógł obserwować nasze poczynania. Nie przeszkadzał nam zażywać przyjemności obcowania z przyrodą, nie był nadopiekuńczy. Wiedział co robi.

Jan Dziedzic:

Jeśli już mowa o „wypadach”, to - bodaj w 1961 roku - „Szewc” zorganizował nam szkolną wycieczkę z Szyndzielni do Wisły-Malinki. Dla jej uatrakcyjnienia „wypożyczyliśmy”, za pośrednictwem nauczycielki angielskiego, prof. Zaleskiej, kilka dziewczyn z III klasy „Ekonomika”, bo w naszej klasie (podówczas IIIb) mieliśmy tylko trzy dziewczyny. Jak przystało na prawdziwych turystów, towarzyszyła nam gitara i śpiew, a wycieczka była bardzo udana.

Miejsce oraz data  pochowania śp Antoniego Piotrowskiego:

Bytom. cmentarz przy ul. Kraszewskiego. Grób nie istnieje.

 Odszedł od Nas: 30.01.1975

Jeżeli znasz więcej szczegółów dotyczących w/w nauczyciela, masz ciekawą historyjkę związaną z tą osobą, jakieś szczególne przeżycia lub sytuacje to napisz do nas!! Może masz jakieś fotografie lub inne materiały gdzie występuje w/w nauczyciel przyślij nam! Umieścimy to na tej stronie. Na pewno inni chętnie się z tym zapoznają. Przyczynisz się do uatrakcyjnienia "Naszej witryny" absolwentów Elektronika i Energetyka w Bytomiu.

Komentarze obsługiwane przez CComment