• To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Zamawianie biuletynu

Włącz swój javascript, aby przesłać ten formularz

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

 

Nauczane przedmioty: język polski
Wykształcenie: wyższe
Tytuł:
Lata pracy:
Ksywka: Kopcia, Kopećka
Zdjęcie: Charakterystyka:

 

Była pierwszą nauczycielką języka polskiego w naszej szkole. Przeniosła się z Zabrza razem z nową szkołą powstałą w Bytomiu w 1953 roku. Pracowała w szkole do emerytury. Przez wiele lat była "jedynaczką" w męskim gronie pedagogicznym. Bardzo sumiennie i poważnie, ale też z wielką miłością traktowała swój przedmiot. Była wymagająca wobec uczniów. Szczególnie wrażliwa na grubiańskie zachowanie, wulgarne słownictwo i niewłaściwy stosunek uczniów do nauczycieli. Przez szereg lat sama prowadziła szkolne koło teatralne. Była zapaloną turystką, prowadziła obozy wędrowne i wycieczki. Lubiła tańczyć "aż do białego rana" na studniówkach, komersach i zabawach szkolnych. Chyba najmniej ulubionym zajęciem dla niej były klasówki i ich sprawdzanie, często do późnych godzin nocnych. Natomiast na temat lektur, szczególnie tych najnowszych i często ich kontrowersyjnych zagadnień, lubiła obszernie dyskutować. Z bohaterów polskich nowszej doby czciła Józefa Piłsudskiego "Dziadka". Religia i głęboka wiara w Boga, stanowiły dla Niej pociechę w życiowych strapieniach.

Więcej o nauczycielu:

Pani Profesor Bogumiła Kopeć, w całej szkole zwana popularnie „Kopcią” lub „Kopećką”, w naszej klasie, nie bez kozery, nosiła jeszcze jedno dostojne miano, a mianowicie „Lady Kopeć”. W dużym stopniu odzwierciedlało ono jej sposób bycia i wyznaczało niejako linię demarkacyjną na froncie nauczyciel – uczeń. Pani Bogumiła klasę trzymała krótko, nie dopuszczając do jakiejkolwiek innej atmosfery podczas lekcji jak chłodno-poprawna.

Podobnie się rzecz miała w odniesieniu do poglądów na temat omawianej lektury, czy wiersza. Dyskusję prowadziła metodycznie, z góry zakładając dojście do ściśle określonych konkluzji; nie do pomyślenia na przykład było, aby ktoś mógł postawić jakąś niekonwencjonalną tezę i jej bronić do upadłego. W takich razach Pani Profesor ucinała sprawę krótko:
- Hm, ty tak uważasz. A kto myśli inaczej? – i już było po wszystkim.
Była wyczulona na punkcie braku kindersztuby, a wręcz bezlitośnie tępiła wszelkie wulgaryzmy i przejawy pospolitego chamstwa. Przywiązywała także dużą wagę do właściwego zachowania się na lekcji, ba, właściwej postawy siedzącej. Jako przykłady niech posłużą takie dwie sytuacje:
Któregoś razu kolega Marek H., podówczas siedzący w pierwszej ławce za katedrą, podczas lekcji uśmiechnął się, nie pomnę już z jakiej przyczyny. Lady Kopeć zmierzyła go wyniosłym spojrzeniem i spytała:
- Cóż, H., znowu serek jadłeś?
Innym razem, zasłuchany w słowa Pani Profesor, bezwiednie podparłem ręką brodę. Już po chwili spoczęły na mnie jej argusowe oczy i usłyszałem admonicję:
- A ty, coś się tak rozparł, jak w karczmie?

 

Pani Bogumiła była istną purystką językową. Odnosiło się to zarówno do słowa pisanego i mówionego. O takich przestępstwach, jak błędy wszelkiego autoramentu (stylistyczne, frazeologiczne, leksykalne, interpunkcyjne, czy, nie daj Boże, ortograficzne) w ogóle nie wspominam – karane były z całą surowością kodeksu wykroczeń. Absolutnie nie tolerowała neologizmów i "zaśmiecania piękna mowy polskiej" wtrąceniami typu "prawda", "powiedzmy", czy zaczynania zdania od "więc". Lady Kopeć była ponadto zaprzysięgłym wrogiem regionalizmów i naleciałości gwarowych (oczywiście śląskich). Zapewne dlatego istniały słowa, których po prostu nie uznawała. Jednym z nich był skromny spójnik i partykuła w jednej osobie - „zaś”. Boże uchowaj, jeśli ktoś powiedział, lub, co gorsza, napisał w pracy klasowej zdanie z „zasiem”. Musiał w ramach poprawy przepisać „trefną” wypowiedź, wstawiając posiadający homologację wyraz „natomiast”.


Ewenementem naszego życia klasowego były słynne zeszyty z „Życia Literackiego”. Każdy z nas musiał przeczytać wyznaczony artykuł (zwykle jeden z obszerniejszych i ambitniejszych – autorstwa np. Marii Janion, czy Barbary Seidler) ze wspomnianego tygodnika, po czym napisać jego streszczenie w specjalnie prowadzonym zeszycie. Wypociny te obowiązkowo musiały zawierać zestawienie nowo poznanych wyrazów (np. egzegeza, sztafaż, eskapizm itp.) wraz z ich słownikowym objaśnieniem.
Raz w semestrze owe literackie produkcje poddawane były weryfikacji i był to z reguły sądny dzień dla klasy. Powód? Nie dość, że niezbyt wielu było takich, którzy na bieżąco prowadzili wzmiankowane zeszyty, to jeszcze poziom owych streszczeń rzadko kiedy zadowalał naszą polonistyczną wyrocznię.
Nietrudno się domyślić, że Pani Profesor w ocenianiu była bardzo „powściągliwa”; trzeba było się sporo napracować, aby zasłużyć w semestrze na „dobry”, a piątka u Kopci stanowiła zjawisko doprawdy wyjątkowe.


W roku 1973, a więc w klasie trzeciej, z racji obchodów Roku Kopernikowskiego, w naszej szkole ogłoszono konkurs „Niebo”. W konkursie tym nasza klasa, w której drzemały duże możliwości twórcze, osiągnęła nie byle jaki sukces: Piotr Kajzer, Józek Cebula i Janusz Szweda zajęli odpowiednio pierwsze, drugie i trzecie miejsce w dziale poezji, a ja – pierwsze miejsce w dziale prozy. Pani Bogumiła, mająca zwykle dość krytyczny stosunek do naszych umiejętności literackich, raz jeden rozczuliła się i powiedziała: - Moje kochane chłopaki...
Właśnie od trzeciej klasy dostąpiłem nie byle jakiego zaszczytu: ze względu na nawał zajęć Pani Bogumiła powierzyła mi poprawę prac klasowych w różnych klasach. Na początku poprawiałem ołówkiem, widocznie jednak musiałem robić to nie najgorzej, skoro po pewnym czasie zezwoliła mi zastąpić ołówek czerwonym długopisem. Muszę nieskromnie przyznać, że nieznany mi był przypadek, aby wystawiona przeze mnie ocena została zakwestionowana. Okazane zaufanie stanowiło dla mnie źródło sporej satysfakcji, choć praca nad poprawą zdań klasowych bynajmniej nie należała do łatwych, ani przyjemnych.
Wespół z innymi Koleżankami i Kolegami miałem zaszczyt pod Jej wymagającym okiem przygotowywać i brać udział w cyklu imprez pod wspólnym tytułem „Wieczory poetyckie”, co opisuję w innym miejscu. Przy tego rodzaju okazjach miałem przyjemność parokrotnie być Jej gościem. I tu doznałem jednego z milszych rozczarowań podczas pięciu lat chodzenia do naszej szkoły: przy bliższym poznaniu Pani Profesor okazała się bardzo ciepłym i miłym człowiekiem. Powiem szczerze – nie za bardzo mogłem uwierzyć, że ta surowa, wyniosła, czasem wręcz oschła Kopećka tak naprawdę jest niezwykle sympatyczną, pełną uroku i dowcipu osobą. Pamiętam, że z nutką żalu pomyślałem: „jaka szkoda, że nie jest taka w szkole”. Chociaż nie do końca - na studniówce okazało się bowiem, iż Pani Profesor umie i lubi się bawić!
Tak więc, pod koniec przygody z Technikum, przed mymi oczyma objawił się całkiem odmienny obraz Pani Bogumiły. I taki właśnie „Jej portret” – pełen ciepłych, jasnych barw - noszę po dziś dzień w pamięci...

Krzysztof Woźniak - absolwent Va 1975

Jeżeli znasz więcej szczegółów dotyczących w/w nauczyciela, masz ciekawą historyjkę związaną z tą osobą, jakieś szczególne przeżycia lub sytuacje to napisz do nas!! Może masz jakieś fotografie lub inne materiały gdzie występuje w/w nauczyciel, to przyślij nam! Umieścimy to na tej stronie. Na pewno inni chętnie się z tym zapoznają. Przyczynisz się do uatrakcyjnienia "Naszej witryny" absolwentów Elektronika i Energetyka w Bytomiu.
 

W październiku 2012 dotarł do nas e-mail, w którym między innymi było napisane:

Nazywam się Dariusz Baranowski, mam 30 lat, mieszkam w Miechowie (woj. małopolskie) przy ul. Słowackiego 21. Z zawodu jestem urzędnikiem samorządowym – Wydział Oświaty Kultury i Sportu Starostwa Powiatowego w Miechowie to miejsce mojej pracy. Z wykształcenia jestem ekonomistą (Akademia Ekonomiczna w Krakowie).
Od jakiegoś czasu poszukuję informacji o członkach mojej najbliższej rodziny.
W Państwa szkole uczyła Bogumiła Kopeć (zm. 1992 r. na chorobę nowotworową), która była rodzoną siostrą mojej babci – Krystyny Czekaj (zd. Kopeć) (zm. 2012 r.)
Obecnie, zresztą tak jak od wielu lat opiekuję się grobem cioci Bogusi.
Nie jestem absolwentem Państwa szkoły (chociaż ogólnie jestem “kolegą po fachu” gdyż skończyłem Technikum Elektroniczne).
 
Poprosiliśmy Dariusza o przysłanie nam zdjęć i opisu dojścia do grobu prof. Kopeć Bogumiły. Oto zdjęcia z opisem:
 
 
 
 
 
 
 
 
Dziękujemy Dariuszowi Baranowskiemu za tak dokładne opisanie dojścia do grobu Bogumiły Kopeć.

Komentarze obsługiwane przez CComment