• Ireneusz Warzecha

  • Bronisław Wieruszewski

  • Wiktor Wojciechowski

  • Leokadia Zalewska

  • Janina Żywna

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Znajdź na naszej witrynie

Gościmy

Odwiedza nas 29 gości oraz 0 użytkowników.

Facebook
Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 
W naszej internetowej loży nie może zabraknąć miejsca na wspominki o jednej z pierwszych wykładowczyń Naszej Szkoły, która przez długie lata stanowiła swoisty znak firmowy Energetyka-Elektronika, w szczególności jeśli chodzi o nauczanie języka polskiego. Mowa oczywiście o profesor Bogumile Kopeć, wychowawczyni największej liczby "dziennych" absolwentów tegorocznej Jubilatki. Tradycyjnie już wspominają: Jan Dziedzic (Va 1963), Jan Jendrzej (Va 1965) i Krzysztof Woźniak (Va 1975)

JJ: Na szczególną uwagę zasługuje pierwsza dama ówczesnego Grona Pedagogicznego, pani profesor Kopeć. Polonistka, wielce wymagająca nauczycielka. Myślę, że poziom języka polskiego na Jej wykładach nie ustępował temu z liceów ogólnokształcących.

Na początku mej edukacji, gdy tylko pomyślałem o tym przedmiocie, to dostawałem gęsiej skórki, miałem bowiem pewne zaległości w tej właśnie dziedzinie. Moje odpowiedzi nie były tak płynne jak pozostałych, a jeszcze ta ortografia!

Konsekwencją mych odpowiedzi i wypracowań oraz sprawdzianów klasowych był niedostateczny właśnie z języka polskiego na pierwszy okres. Na szczęście była to jedna, jedyna dwója na okres podczas całej mojej nauki w naszym technikum.

Jednak ile musiałem poświęcać czasu, by jako tako poradzić sobie z tym przedmiotem, wiem tylko ja. Na naukę polskiego w pierwszych dwóch latach nauki poświęcałem więcej czasu, niż na odrabianie wszystkich pozostałych zadań domowych. A wyniki były cięgle mierne. W tych pierwszych dwóch latach byłem etatowym poprawkowiczem przed wystawieniem przez Panią Profesor stopni na okres. Zawsze wychodziło z rachuby otrzymanych ocen trzy na szynach. Ale Pani Profesor nie wystawiała takich ocen, więc mnie i innym mającym podobne wyniki wyznaczała egzamin poprawkowy, dawała szansę na otrzymanie pełnego 3! Na szczęście dla mnie te szanse wykorzystywałem.

I chociaż pod koniec drugiej klasy czułem, że poczyniłem duże postępy z tego przedmiotu, to jednak zawsze byłem tym poprawkowiczem.

Jakież było me zdumienie, gdy na pierwszy okres trzeciej klasy otrzymałem czyste trzy, bez tych spędzających mi sen z oczu szyn! To przecież był zwiastun mego tryumfu. Nigdy już potem nie miałem kłopotów z zaliczeniem polskiego.

Jednak metody Pani Profesor dały wyniki. Podciągnąłem się do średniego poziomu klasowego!

Rok 1958. Wycieczka klasowa - "zakręt śmierci" koło Karpacza. W środku, w jasnej kurtce, prof. B. Kopeć.

KW: Z Panią Profesor Kopeć wiąże mnie bardzo wiele najróżniejszych wspomnień. Jeżeli czegoś żałuję, to jednego: że tak późno pozwoliła mi się poznać z tej prawdziwej strony. Ale o tym potem.

Na co dzień bowiem Pani Profesor była otoczona fosą i wysokimi, grubymi murami, które tkwiły niewzruszenie pomiędzy katedrą, a ławkami. I chociaż wiele wycieczek i szturmów czyniono, twierdza przez bardzo długi czas ostawała się niezdobytą, a i obrończyni niezłe wstręty atakującym czyniła.

Pierwsze wiadro wody na głowę wylała mi bardzo szybko, mianowicie po inaugurującej rok szkolny pracy klasowej, której tytuł brzmiał „Moja rodzina i ja”. Napisałem zatem zgrabne - moim zdaniem - wypracowanie, a ponieważ z interpunkcją i ortografią (obszary szczególnej wrażliwości Pani Profesor) nie miałem problemów, „już byłem w ogródku, już witałem się z gąską”.

Przebudzenie było niczym po celnym prawym prostym. Nie był to co prawda nokaut, bo nogi miałem dość mocne, ale byłem liczony. Dostałem bowiem plus trójeczkę; a w komentarzu: „styl poprawny, brak błędów ort. i int. lecz praca tuzinkowa”. Kiedy zwróciłem się z prośbą o wyjaśnienie, Lady Kopeć (bo takie miano nosiła - nie bez kozery - w naszej klasie) zmierzyła mnie tym swoim wyniosłym spojrzeniem i odparła: - A co ty myślisz, że jak napiszesz, że się kochacie i w domu jest cacy, to wystarczy? - Zaniemówiłem i nie miałem już więcej pytań.

JJ: A podkreślanie całych zdań naszych wypracowań czerwonym ołówkiem oraz stawianie na marginesie zeszytu uwag typu: int, ort, skł, frazeol i innych, nie zapomnę do śmierci.

Gdy zobaczyłem poprawioną przez Panią Profesor moją pierwszą pracę – wypracowanie… lepiej nie mówić! Chociaż małą pociechą, jeśli o pociesze może być mowa, był fakt, że i inni koledzy patrzyli dużymi oczyma na swe własne dzieła.

KW: Oj, Janku, to chyba nie przyznam Ci się do pewnego szczegółu z późniejszych lat…:)

Wracając do tematu – wkrótce okazało się, jak surową w ocenach była Pani Profesor i jak trudno było u Niej dostać dobrą, a cóż dopiero bardzo dobrą ocenę, której otrzymanie było niemal tak rzadkie, jak przelot komety Halleya.

Była Lady Kopeć istną purystką językową i zaprzysięgłym wrogiem wszelkich regionalizmów. Rzecz jasna objawiało się to szczególnie w wypowiedziach ustnych, które często prowokowała. Niestety, wszyscy koledzy, którzy mieli problemy z wyrażaniem swych myśli w literackiej polszczyźnie, mieli u Niej przechlapane. Do historii (co prawda nie naszej klasy) przeszła anegdota z połowy lat 50. Podczas omawiania „Pana Tadeusza” jeden z kolegów, wyrwany do odpowiedzi oznajmił, iż „Tadeusz godoł do Zosiyńki”, zdenerwowana Pani Kopeć rzuciła: „No to jo ci zaroz pogodom!” i delikwent ani się obejrzał, kiedy zafasował bombę.

Puryzm językowy Pani Profesor objawiał się również, a może szczególnie, w dozgonnej awersji do poczciwego skądinąd spójnika i partykuły zarazem „zaś”. Traktowała ów wyraz wyłącznie jako śląski regionalizm i biada takiemu, który ośmielił się użyć w mowie, a nie daj Boże w piśmie, zdania z nieszczęsnym „zasiem”. Zaliczony miał błąd i w poprawie pracy klasowej (a jakże!) musiał napisać trefne zdanie z „posiadającym homologację” spójnikiem „natomiast”.

Osobliwością na miarę - myślę, że nie tylko naszej - szkoły były słynne zeszyty z „Życia Literackiego”. W trosce o nasz rozwój w dziedzinie języka ojczystego (w co miała zwyczaj powątpiewać) Pani Profesor wprowadziła obowiązek czytania tygodnika „Życie Literackie” oraz streszczania jednego z artykułów w nim się pojawiających. Żeby nam nie było za dobrze, artykuł powinien być sążnisty, a do tego - pióra jakiejś wyroczni polonistycznej, bądź dziennikarskiej np. prof. Marii Janion, Barbary Seidler bądź też innego literackiego tuza. Na początku tychże wypocin winny się znajdować wszystkie nowo poznane wyrazy typu eskapizm, sztafaż, historiozofia etc., ma się rozumieć, z dokładną definicją. Gorzej, gdy takich słów nie było - wtedy trzeba było je na siłę znajdować.

Co pewien czas następowała rzeź niewiniątek, czyli sprawdzanie. Zazwyczaj kończyło się to trzęsieniem ziemi, bowiem mało kto systematycznie prowadził ów zeszyt, a jeżeli nawet, to doprawdy (jak już nadmieniałem) rzadko się zdarzało, by poziom prezentowanych w owym kajecie streszczeń zadowalał naszą polonistyczną wyrocznię. Tak tedy niejeden z nas za Słowackim mógł był powiedzieć: „duchowi memu dała w pysk i poszła”.

Studniówka rocznika 1958. Wśród siedzących druga z prawej - prof. B. Kopeć.

JJ: Głowy bym nie dał, czy w pierwszych moich wypracowaniach nie użyłem słowa „zaś”, no, ale gdyby nawet, to nie byłem pierwszy, bo jak wspomniałeś, bywało tak w latach pięćdziesiątych.

Ale taka była dola śląskich dzieci. Dlatego dobrze, że byli i tacy pedagodzy, jak „Dziadek”, którzy umieli uwypuklić znaczenie naszej szkoły jako kuźni przyszłych fachowców przemysłu. Inną sprawą jest, że człowiek posiadający dokument, a raczej świadectwo dojrzałości, powinien swobodnie i bezbłędnie władać ojczystym językiem.

Przy okazji muszę Ci powiedzieć, Krzysiu, jaką bronią poskromiłem Kopećkę, bo jak wiesz, wypłynąć na powierzchnię było bardzo trudno, gdy miałeś „przepapane”.

Otóż w trzeciej klasie jeden z kolegów wpadł na wspaniały - z naszego punktu widzenia - pomysł, i pożyczył od starszego kolegi zeszyt z interpretacją poezji, gdzie zanotowane były te interpretacje wierszy, które Pani Profesor uważała za najlepsze. Wówczas przeczytałem je przed lekcją, zerkając do tego zeszytu przez ramię kolegi.

Pomimo, że inni próbowali interpretować sens tych wierszy w różnorakie sposoby, to jednak moje odpowiedzi były najtrafniejsze. A jeszcze często zgłaszałem się do odpowiedzi, czując wiejący mi wiatr w plecy.

Możesz sobie wyobrazić, że na tej lekcji otrzymałem po raz pierwszy u Pani Profesor dobry! DOBRY BEZ MINUSA!

Sam byłem zaskoczony. No, ale moje "oszustwo" zaowocowało, bo od tej pory Pani Profesor zupełnie inaczej na mnie patrzyła. Byłem tym, który czuje poezję!

KW: I to jest wątek, który zamierzałem właśnie pociągnąć, Janku.

Przy całej swojej surowości i swoistego rodzaju nieufności do uczniów, którą trzeba było długo przełamywać, miała Lady Kopeć tę cechę, że poruszała się po konwencjonalnych ścieżkach, jeśli chodzi o interpretacje dzieł literackich: poetyckich i prozatorskich. Miała własny system wartości i ocen i nie do pomyślenia było, aby ktokolwiek, nawet dysponując rzeczowymi i logicznymi argumentami, mógł to zmienić. Nie do pomyślenia było, aby podczas analizy lektury, bądź wiersza, ktoś postawił jakąś nowatorską tezę i jej bronił. Pani Profesor zbywała takie sytuacje krótkim:

- Hm, ty tak uważasz. A kto uważa inaczej? - I już dyskusja przybierała inny obrót - z góry przez nią przewidziany i zaakceptowany. Stąd też Twój sposób był najlepszy jaki w tej sytuacji być mógł, bowiem najpewniejszy i najskuteczniejszy. Niestety, wprowadzało to pewien schematyzm, który uniemożliwiał wykazanie się własną inwencją i polotem. Ale i Pani Profesor (co prawda zdarzało się to rzadko) zdobywała się na swoistego rodzaju wyrazy uznania. W przypadku, gdy czyjaś praca (nie klasowa, ale np. referat, rozprawka etc.) w sposób szczególny przypadła jej do gustu, zabierała ją do swojego prywatnego archiwum. Jaka to była nobilitacja w oczach klasy (że o samej Pani nie wspomnę) może sobie wyobrazić ten, kto to przeżył.

Onego czasu, a było to w Roku Nauki Polskiej (1973), w Naszej Szkole świętowaliśmy 500-lecie urodzin Mikołaja Kopernika (a prócz tego 20-lecie Technikum). Przy tej okazji ogłoszony został konkurs , o nazwie „Niebo”, który odnosił się do ogólnie pojętej myśli i spuścizny kopernikańskiej i pozwalał na „wypowiedzenie się” we wszelkich (sic!) możliwych formach: literackich, muzycznych, plastycznych. Efekty tegoż konkursu przerosły wszelkie oczekiwania, nawet w kategoriach nietechnicznej szkoły. Ale do „adremu”. Nasza klasa, ówczesna III a, (w której drzemały duże możliwości twórcze) osiągnęła wtedy nie byle jaki sukces. W dziale poezji pierwsze trzy miejsca zdobyli odpowiednio Piotr Kajzer (autor paru artykułów do witryny), Józik Cebula (młodszy brat Heńka, także swego czasu udzielającego się w tym miejscu, notabene autor pięknych wierszy) i Janusz Szweda, a w dziale prozy - piszący te słowa. Sorry za nieco osobisty wątek, który jednak jest nieodzowny. Otóż po ogłoszeniu wyników, Pani Profesor, przyszedłszy do nas na lekcję, raz jedyny rozczuliła się i rzekła:

- Moje kochane chłopaki...

Myślę iż – pozwolę sobie przy tej okazji na osobistą dygresję - tego najbardziej oczekiwaliśmy jako Jej uczniowie, a co najciekawsze: co w gruncie rzeczy drzemało w Niej, w Jej sercu, za tym murem, o którym wspomniałem na początku.

Inną cechą charakterystyczną Pani Bogumiły była niebywała wprost wrażliwość na wszelkie przejawy złego wychowania, wulgaryzmów (które zresztą do stanu dzisiejszego miały się jak wróbel do słonia) tudzież pospolitego chamstwa. W takich przypadkach była nieprzejednana i nieubłagana. W bardzo jednoznaczny, choć „subtelniejszy” sposób wytykała także różne uczniowskie „faux pas”, czego dowodem niech będą takie dwa przykłady:

Pewnego razu, a było to w klasie IV, kolega obok, siedzący vis a vis katedry, nieopatrznie się uśmiechnął, nie pomnę z jakiej przyczyny. Lady Kopeć, spostrzegłszy to, rzuciła zgryźliwie:

- Co, H., znowu serek jadłeś?

Mnie także przydarzyła się podobna admonicja. Siedząc w pierwszej ławce zasłuchałem się razu pewnego w wykład Pani Profesor i bezwiednie oparłem głowę na łokciu. Nie minęły dwa pacierze, jak zostało to dostrzeżone, a ja zestrofowany tymi słowy:

- A ty, coś się tak rozparł jak w karczmie?

Pokój nauczycielski "Energetyka", lata 60. ubiegłego wieku. Druga z prawej - prof. Bogumiła Kopeć.

JJ: Chciałbym, byś dokończył swe opowiadanie, bo jest rzeczywiście interesujące. Liczę na to, że tak też zrobisz.

Jeśli mogę cokolwiek do Twych wspomnień dorzucić, to powiem, że chociaż z Panią Profesor miałem wiele sytuacji, spędzających mi sen z powiek, to jednak bardzo ceniłem Jej fachowość, zaangażowanie i wiedzę. Oraz to, że chciała! Chciała, byśmy dobrze władali naszym językiem, by nasz zasób słów był duży, a przynajmniej wystarczający, byśmy umieli mową ojczystą bezbłędnie władać. No i żebyśmy wchodząc po skończeniu szkoły między ludzi czuli się swobodnie, umiejętnie operując naszym językiem. By Ona nie musiała się wstydzić, że absolwentem naszej szkoły jest człowiek nieumiejący się ładnie wysławiać, który robi błędy stylistyczne, a nie daj Boże, ortograficzne.

Najbardziej, co mi jednak utkwiło w pamięci, to duma Pani Profesor, gdy Jej uczniowie przed komisją egzaminacyjną zdali poprawnie zadania maturalne, gdy mogła być dumna z poziomu prezentowanego przez jej uczniów. Bo przecież poziom naszych odpowiedzi był jej wizytówką. Wizytówką JEJ właściwej pracy!

KW: Kontynuuję zatem wątek. To, że Pani Bogumiła była ówczesną Pierwszą Damą Naszej Szkoły to - dla mnie przynajmniej - nie ulega wątpliwości. Dosłownie i w przenośni, bowiem wystarczy spojrzeć na najdawniejsze nasze tableau - wśród całego zastępu Panów jedna, jedyna Pani - Ona właśnie. Na przestrzeni 60 lat historii dzierży (i jest niezagrożoną liderką) także palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o wychowawstwo klas „rannych” - wychowała ich aż 12.

Zinterpretować wiersz tak, aby dostać u „Kopci” piątkę, to był wyczyn na miarę mistrzostwa olimpijskiego, okraszonego rekordem świata. Dlatego też z duszą na ramieniu przyjąłem Jej propozycję (nie do odrzucenia zresztą, jak łatwo się domyślić) uczestnictwa w tzw. Wieczorkach Poetyckich. Polegało to na tym, że grupa uczniów przygotowywała wieczór poezji czołowych naszych twórców (m in. Tuwim, Gałczyński, Baczyński, Pawlikowska-Jasnorzewska), w scenerii poczciwej małej auli, przyozdobionej na tę okoliczność na tyle, na ile pozwalały nasze skromne możliwości. Naszym audytorium byli: miłośnik poezji dyrektor Wieruszewski, nauczyciele, rodzice uczniów (wbrew pozorom nie uczestniczących w spektaklu), a także - tak, tak! - sami uczniowie.

Ale zanim do tego doszło, trzeba było przejść przez „czyściec” wielu prób z Panią Profesor, która - jak wiemy - była bardzo wymagającym szlifierzem naszych umiejętności recytatorskich. „Próbowaliśmy” i na przerwach w pokoju nauczycielskim, i po lekcjach. Zazwyczaj długo, długo było coś „nie tak”, aż wreszcie - myślę, że podobnie jak w przypadku prof. Czepulonisa - rodziła się interpretacja, która „od biedy” Ją zadowalała, bo w pełni usatysfakcjonowana to na dobrą sprawę nigdy nie była.

Szerzej o tychże wieczorkach pozwoliłem sobie napisać w innym miejscu. A dziś, po latach, z prawdziwą przyjemnością i łezką w oku wspominam tamte wspaniałe chwile, których pewnie nie dane by mi było przeżyć, gdyby nie Ona.

Wycieczka do Szczyrku, początek lat 60. Pierwsza z lewej - B. Kopeć.

JJ: Aż do samej matury z największą uwagą podchodziłem do tego przedmiotu. Nigdy, albo prawie nigdy, nie pozwoliłem sobie, by przyjść nieprzygotowanym na jej lekcje. Chociaż…

Będąc już uczniem trzeciej klasy, wyliczyłem sobie, że z polskiego wychodzi mi całkiem dobra średnia na okres. Całkiem dobra średnia oznaczała w moim wypadku trójkę, bez jakichkolwiek minusów.

W naszej szkole za moich czasów zatrudniona była młoda i ambitna dentystka, która, ku naszej uciesze, plombowała bardzo dobrze zęby. Aby nie byś gołosłownym, to powiem, że wykonana przez nią plomba w moim zębie dotrwała do dzisiaj, czyli skutecznie chroni mój ząb od przeszło 50 lat.

Jednak wracając do polskiego, właśnie w tym dniu nie byłem przygotowany do lekcji. By wyniku tak w pocie czoła wypracowanej oceny u Pani Profesor Kopeć nie zmarnować, zdecydowałem, że na przerwie przed polskim pójdę po prostu do dentystki i usunę zęba, który tylko do usunięcia się nadawał. W ten sposób uniknę ewentualnego przepytywania mnie.

Pani stomatolog dała mi zastrzyk znieczulający i kazała poczekać w poczekalni.

I nie byłoby nic dziwnego w tej historii, bo tego typu zabiegi chroniące przed przepytaniem były przez uczniów stosowane, gdyby nie fakt, że zęby mam wyjątkowo mocne i wyrwanie jednego z nich dla tak filigranowej młodej kobiety, jaką była nasza dentystka, okazało się praktycznie niewykonalne. By szczegółowo nie opisywać wszystkich jej zabiegów, powiem, że przez cały boży dzień przeżywałem istne katusze i dopiero inny dentysta z problemem sobie poradził.

Potem długo się zastanawiałem, czy nie lepiej było przygotować się do lekcji polskiego, niż tyle wycierpieć!

KW: No, to gratuluję męstwa, Janku! Zapewne gdybyś to wiedział wcześniej, pewnie byś tak zrobił…

Miałem się nie przyznawać, ale co tam! Od trzeciej klasy dostąpiłem nie byle jakiego zaszczytu: ze względu na nawał zajęć Pani Bogumiła powierzyła mi poprawę prac klasowych w różnych klasach. Na początku poprawiałem ołówkiem, widocznie jednak musiałem robić to nie najgorzej, skoro po pewnym czasie zezwoliła mi zastąpić ołówek czerwonym długopisem. Muszę nieskromnie przyznać, że nieznany mi był przypadek, aby wystawiona przeze mnie ocena została zakwestionowana. Stanowiło to dla mnie źródło sporej satysfakcji, choć absorbowało też sporo czasu. Z drugiej jednak strony wprawiało to mnie w pewne zakłopotanie, ale jak można było odmówić „Kopci”?

Wszystkie wspomniane powody sprawiały, iż kilkukrotnie miałem okazję być gościem Pani Profesor w jej mieszkanku przy ul. Żeromskiego 29 vis a vis II LO. I tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłem całkiem inną Panią Bogumiłę. Tę prawdziwą, taką jaką była po zdjęciu swoistego pancerza, który nakładała idąc do szkoły. Prywatnie była niesłychanie ciepłym człowiekiem, miłą i wesołą osobą, której dowcip i poczucie humoru wprawiało w niebywałe zdumienie. Potrafiła nie tylko bardzo ciekawie gawędzić, ale i umiała z zajęciem słuchać. A przede wszystkim uśmiechała się - pogodnie i promiennie. Wyznam szczerze, że był to dla mnie jeden z większych (pozytywnych oczywiście) szoków, jakich podczas pięcioletniej przygody z Naszą Szkołą doznałem. Dodać tu wypada, że podczas niezapomnianej naszej studniówki okazało się ponadto, że Pani Profesor lubi i umie się bawić! Nie zapomnę tego wrażenia, kiedy z duszą na ramieniu odważyłem się poprosić Ją do walca. Muszę przyznać, że Pani Bogumiła, jak na prawdziwą lady przystało, świetnie tańczyła, lekko i zwiewnie.

Reasumując przeto moje obszerne wywody, a w szczególności ich ostatni wątek, powtórzę to, co napisałem na początku: bardzo, bardzo żałuję, iż tak późno dane mi było ujrzeć Ją taką, jaką była naprawdę: uroczą, sympatyczną, przemiłą i dowcipną osobą. Choć z drugiej strony powinienem się cieszyć, że w ogóle było mi to dane - dzięki temu zachowałem „Jej portret” na zawsze w pamięci w ciepłych, sympatycznych, pełnych jasnych barw wspomnieniach.

Pożegnanie szkoły w 1975 r. Druga z lewej - prof. B. Kopeć. 

JJ: Bardzo się cieszę, że potwierdzasz moje odczucia, jak wspaniałym człowiekiem prywatnie była Pani Profesor Kopeć. Podczas komersu mogliśmy się również o tym przekonać. No i jak lekko tańczyła! Przeurocza osoba. Chociaż powiem ci, Krzysiu, że w szkole, mimo wielu przebojów, które miałem z Panią Profesor, uważałem Ją zawsze za sympatycznego człowieka.

JD: Koledzy, wręcz z ust wyjęliście mi to, co chciałbym wyrazić. Tak jak już zauważyliście, Pani Profesor była niezwykle wymagającą w stosunku do uczniów. Stąd też większość z nas (w tym i ja) baliśmy się jej, a właściwie nie Jej, ale tego, że możemy być wyciągnięci za uszy do przepytania. Specyfika nauczania Pani Profesor polegała na tym, że na koniec lekcji podawała temat, który należy przygotować w domu i który będzie omawiany na następnym wykładzie - np. Mickiewicz w Rosji. A na lekcji to już tylko „rozmowa” o tym temacie. Jeżeli wybrany delikwent mówił rzeczowo i płynnie, to Pani dziękowała mu po minucie, dostawał do dziennika „pozytywa” i następny. Jak było inaczej, to dwója. Czyli wymuszała konieczność uczenia się na bieżąco, a nie na zasadzie - byłem już pytany, to mam spokój. Tradycyjne zadanie domowe to opisanie w zeszycie tego co było na lekcji. Chyba gdzieś w trzeciej klasie opanowałem technikę pisania „na żywo” tego co słyszę (nawet szybką mowę), więc zadania domowe miałem z głowy i gotowy podkład do klasówek.

Zapamiętałem (do końca życia) takie zdarzenie na maturze:

Jak zaznaczyłem, nie byłem orłem z polskiego, ale nie wynikało to raczej z braku wiedzy, tylko z braku aktywności na lekcjach; nigdy sam nie zgłaszałem się do odpowiedzi, nie wychodziłem przed orkiestrę, - ot, siedzący w kącie cichy przeciętniak. I zapewne taką opinię o mnie miała też Pani Profesor.

Matura ustna z polskiego. Nagle wybucha bomba - wchodzi wizytacja z kuratorium w Katowicach. Ogólna panika, dodatkowy stres. Podchodzi do mnie Pani Kopeć i każe mi pójść do higienistki, żeby dała mi jakieś kropelki uspokajające (?) - nie wiem po co, bo byłem spokojny. Ale poszedłem.

W końcu matura, wylosowałem temat, siadam przed stołem egzaminatorów, za którym pięć osób: dwie z Kuratorium, dyrektor, prof. Kopeć i druga polonistka. Zaczynam referować. Temat miałem dobrze opanowany, więc „śpiewałem”. Ale zwróciłem uwagę na to, że jakby mnie nie słuchali. Bo Pani Prof. Kopeć tych z kuratorium tak bez przerwy zagadywała. Nagle jeden z kuratorów przerywa w pół zdania Pani Kopeć i mówi:

- Posłuchajmy, co mówi maturzysta, bo tak pięknie nam tu opowiada - (coś w tym stylu). Po zakończeniu „mojej mowy”, ten sam jegomość odzywa się:

- No to chyba mamy pierwszą piątkę! - Zadał mi jeszcze dodatkowe pytanie o makaronizmach, na które też odpowiedziałem. Podziękowali mi i wyszedłem.

Po dwóch minutach podchodzi do mnie na korytarzu Pani Prof. Kopeć, przytuliła mnie do siebie, pocałowała i bez jednego słowa z uśmiechniętą buzią odeszła.

A ja stałem jak wryty.

Pięć lat widziałem w Niej tylko „tyrana uczniów”, prawie nigdy nie widziałem uśmiechu na jej ustach, a tu w ostatnim dniu w szkole taka niespodzianka. Dopiero wtedy zrozumiałem ile w tej kobiecie było ukrytego dobra i miłości.

I jestem przekonany, że ta „rozmowa” Pani Profesor przy stole egzaminatorów na pewno też nie była przypadkowa.

Lepiej by było, żebym to odkrył już w pierwszej, czy drugiej klasie, a nie w ostatnich sekundach mojego pobytu w szkole.

DZIĘKUJĘ PANI PROFESOR.

Rok 1977. Późniejsza klasa IVd LZ ze swoją wychowawczynią - prof. B. Kopeć
 

Wspomnienia kolegów spisał, komentarzem i zdjęciami opatrzył 
Krzysztof Woźniak (Va 1975)

 

 

Powered by Bullraider.com