• Monika Raczyńska

  • Elżbieta Sochacka

  • Julian Szmit

  • Marian Sroczyński

  • Władysława Szymik

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Znajdź na naszej witrynie

Gościmy

Odwiedza nas 108 gości oraz 0 użytkowników.

UWAGA! UWAGA!

Udostępniamy archiwalną

stronę absolwentów. Jest

tam dużo ciekawego materiału.

Jest dostępna pod adresem:

TUTAJ 

Facebook
W dalszej części swej autostopowej wyprawy Jurek i Klaus dotarli do Międzyzdrojów. Przez parę dni korzystali z uroków nadmorskiego wypoczynku. Ze względu jednak na szczupłość zasobów finansowych zmuszeni byli pożegnać międzyzdrojskie atrakcje. W drodze powrotnej też nie brakowało im przygód...
 
Plaża w Międzyzdrojach
W samych Międzyzdrojach też mieliśmy szczęście, bo natknęliśmy się na ludzi, którzy również potrzebowali pomocy. Tym razem spaliśmy w garażu, ale tam już chyba ze 20 lat nie stało żadne auto, natomiast były dwa okna i dwie prycze - czegóż nam więcej było potrzeba?
Do tej pory nie wydaliśmy ani grosza, a więc po południu na plaży mogliśmy pozwolić sobie na małe szaleństwo i kupić po jednej (!) gałce lodów.
  
Wejście na molo 60 lat temu...
Co prawda w ówczesnych Międzyzdrojach nie było tyle atrakcji jak obecnie, ale te które były, całkowicie nam wystarczały. Pławiliśmy się w morzu, podziwialiśmy słynne molo, które 60 lat temu wyglądało całkiem inaczej, piękne zachody słońca, i Kawczą Górę, z której był wspaniały widok na całą okolicę.
Międzyzdrojskie dawne molo
Niestety, po trzech dniach musieliśmy nasz „hotel“ opuścić, bo do gospodarzy przyjechała rodzinka.
Jako „ lokum zastępcze“ znaleźliśmy jakieś poddasze, ale i tak trzeba było zapłacić 20 złotych za nocleg. Następną noc spędziliśmy na plaży, lecz trzeba było uważać, bo milicja goniła podobnych nam „dzikich“ turystów.
Zachód słońca w Międzyzdrojach 
Wobec takiego obrotu sprawy spędziliśmy jeszcze dwie noce na „naszym“ poddaszu, po czym w związku z „suchotami kieszonkowymi“ musieliśmy się wybrać w podróż powrotną.
 Kawcza Góra
Droga powrotna z Międzyzdrojów zaczęła się dość nietypowo, wiodła bowiem przez Kamień Pomorski. Tak się złożyło, że w tym czasie przebywał tam na koloniach mój młodszy brat.
Tym razem mieliśmy wyjątkowe szczęście w „połączeniach“. bo już pod wieczór byliśmy w Kamieniu. Przywitano nas tam bardzo serdecznie oraz zapewniono nocleg, kolację i śniadanie.
Podczas kolacji dowiedzieliśmy się, że nazajutrz kolonia gra mecz piłki nożnej z miejscową drużyną amatorską. Brat zaproponował swojemu wychowawcy, że mógłbym u nich zagrać. Pomysł chwycił i tym sposobem „zabezpieczyliśmy“ sobie następny nocleg.
 60 lat temu nie mieliśmy takich ładnych strojów...
Muszę tu wspomnieć, że drużyna „kolonistów“ miała w sych szeregach kandydatów na profesjonalistów – mój brat i dwaj jego koledzy grali w juniorach Polonii Bytom. Być może to sprawiło, że wygraliśmy 3:2, a ja – właśnie z podań brata - strzeliłem dwie bramki. Uszczęśliwiona pani kierowniczka zaproponowała nam aż dwa noclegi z pełnym wyżywieniem, na co – rzecz jasna - skwapliwie przystaliśmy.
Tu mała ciekawostka: kierownik drużyny z Kamienia bardzo chciał, żebym tam został i grał u nich, zobowiązując się, że załatwi mi pracę i mieszkanie!
 Katedra biskupów kamieńskich
Niestety, nie skorzystałem z tej perspektywicznej propozycji, a szkoda, bo przez to zamknąłem sobie drogę do kariery piłkarskiej. Udaliśmy się w dalszą podróż, podziwiając przy okazji słynną katedrę biskupią w Kamieniu. Kolejnymi etapami naszych autostopowych zmagań były Golczewo i urokliwy Nowogard, gdzie bezpłatny wikt i spanie zapewniła nam moja cioteczka.
 
Tak wyglądał Nowogard 60 lat temu....
Następne odcinki trasy prowadziły już po znanym nam szlaku – Gorzów Wielkopolski, Zielona Góra, Nowa Sól, Legnica i Wrocław. Tam znów skorzystaliśmy z gościnności mojej kuzynki, po czym obraliśmy kierunek na Bytom. Wtedy właśnie przydarzyła się nam przygoda podobna do tej, którą opisywał w swych mazurskich wspomnieniach Janek.
...a tak prezentował się Wrocław....
Stoimy na drodze wylotowej za Wrocławiem, gdy przed nami zatrzymuje się osobowym autem wysokiej marki (nie pamiętam już jakiej) pewien młody facet. Okazał się synem jakiegoś doktora, jadącym akurat do Katowic. Po drodze poprosił, żebyśmy mu opowiedzieli całą naszą podróż. Spytał też, kiedy jedliśmy ostatni obiad, po czym zatrzymał się w Opolu przed restauracją i zaprosił nas na wspaniały posiłek. Co więcej - aby nasze szczęście było pełne, przywiózł nas aż do Bytomia i przy pożegnaniu wręczył nam po 50 złotych! Nie mogliśmy wierzyć naszym oczom – jaka szkoda, że ten „cud“ przydarzył się nam na sam koniec naszej autostopowej wyprawy….
 
Wspomnienia Jerzego Harmaka spisał i fotografiami opatrzył: Krzysztof Woźniak Va 1975
 Zapraszam do lektury innych artykułów na tym blogu!
Powered by Bullraider.com