• To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

budynek szkoly 1Strona absolwentów Energetyka i Elektronika istnieje w sieci już od ponad 20 lat. W tym czasie dostaliśmy od absolwentek i absolwentów szereg listów, w których wspominają czas spędzony w szkole jak również okres po ukończeniu szkoły i wejście w czas zakładania rodziny i pracy zawodowej. Postanowiliśmy niektóre z tych listów w części lub w całości opublikować. Część z nich pisana była dosyć dawno i być może autor chciałby coś dodać lub zmienić - prosimy o kontakt! Dane kontaktowe są na końcu artykułu.


Jestem szczęśliwa, że doczekałam takiej techniki, że będąc z dala od ojczyzny, mogę wiedzieć co się dzieje w moim Technikum Energetycznym a przede wszystkim z cudownymi nauczycielami. Teraz po latach czytając, który z tych wspaniałych ludzi odszedł na zawsze, wprowadza mnie to w zadumę, przemyślenia i łzy. To, że prowadzę dom polski to tylko zasługa wspaniałej eleganckiej Pani Kopeć. To, że kocham chemię zawdzięczam Pani Szymik. Nigdy nie zapomnę ciepłego i pełnego szarmu, inteligentnego Dyrektora, Pana Wieruszewskiego.
Ci, których już nie ma i odeszli na zawsze pozostaną w moim życiu i wspomnieniach do końca mojego życia.

wieruszewski min 01Ach te cudowne lata 60 i cudowni nauczyciele. Odeszli, ale są z nami, są ze mną i tymi którzy żyją, po to aby dalej o nich opowiadać (ja to czynię cały czas). Jesteście nieśmiertelni, bo pamięć o Was jest i będzie. Wiem, że żyjecie, ale w jakiej postaci, to kiedyś zobaczę sama.

Ewa K. 5b 1970


 Jako jeden z absolwentów liceum oraz technikum dla pracujących, z nostalgicznym okiem podziwiałem zdjęcia szkoły oraz listy nauczycieli i absolwentów. Czasy edukacji w " naszej " szkole wspominam z przyjemnością, w szczególności okres licealny. Był to bardzo ważny, ale zarazem wesoły okres mojego życia. Z pewnością wpływ miała na to niezwykła atmosfera szkoły, z której ona od lat słynęła. Z perspektywy czasu z podziwem patrzy człowiek na ogromne zaangażowanie grona pedagogicznego w godzinach pozalekcyjnych. Wyjazdy na zimowiska do Złatnej "z kilogramem cukru" !!! (bo był w tych czasach na kartki), wycieczki klasowe w Beskidy wspominam z uśmiechem na twarzy. Gdyby ktokolwiek w tamtych czasach zadał mi pytanie: czy organizowanie wyżej wymienionych oraz wielu innych działalności pozaszkolnych jest normalne? - bez wahania odpowiedziałbym: oczywiście, normalne. Po niespełna dwudziestu latach musiałbym tą odpowiedź bardzo szybko skorygować i stwierdzić: tak, to jest normalne, ale tylko w Elektroniku. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy wyraz " Pedagog " kojarzyli nie tylko z wyrazem zawód, ale również z wyrazem powołanie. To właśnie ci Pedagodzy w tak wspaniały sposób próbowali nam wytłumaczyć, co to jest tranzystor, ale również jak się jeździ na nartach, jak w górach nie zgubić orientację ...niektórzy mówią na to szkoła życia, chyba mają rację. Jestem pewny, że również w dzisiejszych czasach pracują w naszej szkole tak zaangażowani Profesorowie.
Moim niezwykłym szczęściem było chodzenie do tak zwanej " klasy mieszanej ", której wychowawcą był Profesor Henryk Grzybek i jego wspaniały sposób odnoszenia się do nas, mianowicie " dzieciaki! ", oczywiście wielka obraza dla wszystkich 18-to letnich " dorosłych ludzi ". Była to bardzo zgrana klasa. Przy tradycyjnych ucieczkach w "pierwszy dzień wiosny" odwiedzaliśmy prawie całą klasą ZOO w Chorzowie, a następnego dnia pisaliśmy sprawdzian z materiału z dnia poprzedniego na super ocenę mianowicie " 2 ". W następnym roku byliśmy mądrzejsi, rozbiliśmy namiot w klasie i zrobiliśmy biwak. Życie klasowe było bardzo wesołe i wszystkie " głupoty " które nam do głowy przychodziły, pozostawiły do dzisiaj ślad w pamięci. Z ogromnym zadowoleniem muszę stwierdzić, że kiedykolwiek jestem w kraju, nie jest problemem zorganizowanie spotkania, przy którym wspominamy szkolne czasy.

Brunon W. 4e 1982


 Pan Dyrektor (mgr Ireneusz Warzecha), miłościwie nam panujący przez ostatnie dwa lata naszej edukacji, był to po prostu „równy gość”. Doskonale wiedział, co – zwłaszcza w trakcie matur – „w trawie piszczy”, dlatego też podczas zdawania tego najważniejszego w naszym dotychczasowym życiu egzaminu sprawnie funkcjonowała niezawodna pomoc koleżeńska. Bodaj najsolidarniej na tym polu współpracowała moja klasa - Va, co było powodem naszej niemałej dumy. Aliści na pisemnym egzaminie z matematyki jeden z naszych kolegów uparł się, że nie będzie korzystał z podsyłanych mu „know-how”. Było to o tyle dziwne, że w klasowym rankingu z tego przedmiotu mieścił się raczej w dolnej strefie stanów średnich. Na brzemienne skutki tej decyzji nie trzeba było długo czekać. Okazało się, że delikwent będzie musiał zdawać egzamin ustny, co Pan Dyrektor skomentował z rozbrajającą szczerością:
- Jak jesteś d.pa, to masz za swoje!

??  


 Lekcje z „Ramzesem” (inż. Wacław Rafalski) nie należały do najciekawszych, dlatego też z chęcią witaliśmy jakiekolwiek urozmaicenia. Niewątpliwie najosobliwszą lekcję aparatów elektrycznych przeżyliśmy za sprawą naszego kolegi, Heńka Milera. A było to tak:
Semestr miał się ku końcowi, a u „Ramzesa” trzeba było mieć koniecznie przynajmniej dwa stopnie. Heniek miał jedną czwórkę, nie był przygotowany i wiedział, że będzie pytany. Aby tego uniknąć ułożył się na niskich hakach stojaka na płaszcze (tych od parasoli) i w pozycji fakira zastygł w bezruchu. Trzydzieści kurtek i skafandrów zakryło go zupełnie.
Zaczęła się lekcja. „Ramzes” sprawdza obecność, nie podnosząc głowy znad dziennika:
-...Kwasek... Łukasiewicz... Miler!
- Jestem! – gromko odpowiada Heniek, na tę chwilę wytknąwszy głowę zza skafandrów. Wszyscy duszą się ze śmiechu, a niemający o niczym pojęcia Pan Wacław spokojnie sprawdza dalej. Wreszcie przechodzi do tzw. części artystycznej i wywołuje Heńka:
- Do odpowiedzi przyjdzie... Miler! – Cisza.
- Miler, śpisz? – Po klasie chodzą stłumione chichoty, porozumiewawcze spojrzenia, lecz delikwent nie przychodzi do tablicy. „Ramzes” nie posiada się ze zdumienia: przecież przed chwilą wyraźnie słyszał głos Milera! Powziąwszy jakieś podejrzenie, chodzi po klasie, przygląda się nam i... nic nie rozumie. Wreszcie, uznawszy, że ktoś „podrobił” głos kolegi, wstawił mu nieobecność i dał spokój.
Po lekcji, odczekawszy chwilę, by „Ramzes” przypadkiem nie wrócił, spocony Heniek wylazł wreszcie spod sterty kurtek. Przyznać trzeba, że wybrał dość bohaterską, a nade wszystko spektakularną formę uchylenia się od odpowiedzi, mógł bowiem równie dobrze nie przyjść na zajęcia, ale... cóż byśmy wtedy wspominali?

??  


 Pan Andrzej (mgr Andrzej Bonar) z racji swego spokojnego usposobienia i nieczęstego kontaktu słownego rzadko dawał powody do ewentualnych żartów. Jeden epizod wszakże udało mi się zapamiętać.
Po ustawieniu nas w przepisowy dwuszereg powiódł po nas okiem, po czym jego wzrok spoczął na osobie Heńka Milera. Przyglądając się imponującej muskulaturze kolegi, wuefista zauważył z przekąsem:
- Miler, ty powinieneś być galernikiem. Co miesiąc wycinaliby Ci nadmiar muskułów...
Po klasie przeleciał śmiech, ale ci, którzy w związku z tym próbowali kolegę ochrzcić mianem „galernika” musieli uważać, bowiem Heniek był bardzo czuły na swoim punkcie.

?? 


 Kontakt z nami: Kliknij Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komentarze obsługiwane przez CComment