• Teresa Pawela

  • Antoni Piotrowski

  • Antoni Piątek

  • Józef Przybylski

  • Tadeusz Kurkiewicz

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Znajdź na naszej witrynie

Gościmy

Odwiedza nas 45 gości oraz 0 użytkowników.

UWAGA! UWAGA!

Udostępniamy archiwalną

stronę absolwentów. Jest

tam dużo ciekawego materiału.

Jest dostępna pod adresem:

TUTAJ 

Facebook
Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 
Lato i wakacje w pełnej krasie. Kto ma czas, możliwości i ochotę, wyrusza na wakacyjne szlaki. Jednym z najpiękniejszych i najchętniej odwiedzanych zakątków kraju są Mazury. Wraz z autorem wspomnień, Janem Jendrzejem (Va 1965) zapraszam na retrospektywną wyprawę autostopem na mazurskie jeziora. Przejedziemy niemal całą Polskę, doświadczając uroków tej formy podróżowania i przeżyjemy mrożące krew w żyłach momenty podczas rejsu po Śniardwach. Miłej lektury!

Ech Mazury, jak wy cudne,

Gdzie jest taki drugi kraj,

Tu zapomnisz chwile trudne,

Tu przeżyjesz życia maj…

Z Mazurami i z mazurskimi jeziorami związane są moje najpiękniejsze wspomnienia. Mające związek jeszcze z naszą szkołą, ale już innego kalibru. Jakiego?

Jest rok 1965, czerwiec. Za mną zdana matura, a przede mną ostatnie wakacje. Wakacje? Przecież mam podjąć pracę, moją pierwszą pracę i zarobić moje pierwsze pieniądze. Dotychczas brałem, tylko brałem od rodziców. Wreszcie nadszedł czas, aby oddać im chociaż cząstkę, zasilić kasę domową. Przecież Oni mi tyle dali, tyle wyrzeczeń kosztowała moja nauka. Nic dziwnego zatem, że mam dylemat, czy aby mogę zrobić sobie ostatnie moje ferie? Ponieważ jednak rodzice mówią: „zrób” - z czystym sumieniem zaczynam snuć letnie plany.

Zresztą prawie wszyscy z klasy planują ostatnie przygody, wakacyjne wyjazdy, ale już na własną rękę. W końcu jesteśmy dojrzali (a przynajmniej tak nam się wydaje) i sami decydujemy o sobie.

   
Janek                                             Zyga                                               Antek
Ostatnie trzy lata w Technikum byliśmy prawie nierozłączni: Antek, Zyga i ja. Spędzaliśmy z sobą mnóstwo czasu, także po lekcjach. Tańce, rozmowy, dziewczyny. Czuliśmy się z sobą dobrze. Z naszej trójki Antek był najbardziej zapobiegawczy. To on poddał projekt wyjazdu na Mazury. My z Zygą wciąż wahaliśmy się, a tymczasem Antek nie zasypiał gruszek w popiele i od razu zapewnił sobie (i nam przy okazji) wspaniałe wakacje. Cały miesiąc pod żaglami z doświadczonym sternikiem i innymi pasjonatami tego sportu w Mikołajkach na omedze. Co za przygoda!

Wobec tak oczywistych argumentów znikają ostatnie wątpliwości. Zyga i ja (bez Antka) decydujemy się na autostop, a to z dwóch powodów. Po pierwsze po drodze zwiedzimy Polskę – i to prawie całą z południa na północ, a po drugie (nie mniej ważne) – za podróż nie musimy płacić!

Z niewielkim zasobem pieniędzy (częściowo zarobionymi na łagiewnickiej hałdzie, o czym już wspominałem), za to żądni wielu turystycznych i żeglarskich wrażeń, jesteśmy gotowi do wyjazdu. Sam urok zetknięcia się z wyłącznie naszą przygodą utwierdza nas w tym postanowieniu.

Z plecakami wypełnionymi niezbędną ilością odzieży, wyposażeni w koce (bez namiotów!) wyruszamy w Polskę. Przedtem jednak przestudiowaliśmy dokładnie geograficzną i samochodową mapę kraju: mamy co prawda bardzo ambitne plany, ale żadnego doświadczenia w podróżowaniu tym środkiem lokomocji.

 

Prawie takimi samymi książeczkami wymachiwaliśmy stojąc na drodze

I oto stoimy na drodze wylotowej z Bytomia, zaopatrzeni w książeczki „autostop”. To przecież prawie to samo, co bilet kolejowy. Czy aby na pewno? Zobaczymy. Książeczkami machamy na kierowców aut ciężarowych. Przecież oni jadą w dalekie trasy, potencjalnie są zatem naszym najlepszym wyborem. Owszem, zatrzymują się, ale nie pokonujemy zaplanowanej w pierwszym dniu odległości, nie docieramy nawet do Częstochowy. Samochody zaopatrują niedaleko siebie leżące zakłady pracy. Zaledwie 10-kilometrowe skoki i znowu czekanie, machanie ręką, w której tkwi nasz „bilet”, czyli książeczka autostopu.

No cóż, frycowe musimy zapłacić: zamiast Warszawy jakaś wioska pod Częstochową. „Co tam, pierwsze koty za płoty”, pocieszamy się. Za to bez większych problemów załatwiamy spanie w stodole. Tyle dobrego. Naszym negocjatorem w sprawie uzgodnienia warunków i ceny noclegu jest tylko i wyłącznie Zyga. On ma podejście, jest elokwentny, bezpośredni. Umie przekonać, a przy tym po prostu ma „gadane”. Nie wiem, czy w czasie całej miesięcznej podróży zapłaciliśmy chociaż złotówkę za nocleg. Trzeba przyznać, że ludzie są przyjaźni i wyrozumiali.

 

Prawie w takiej samej stodole spaliśmy pod Częstochową

Solidarnie składamy nasze pieniądze razem. Będzie to wspólna kasa. Kupujemy artykuły spożywcze rozsądnie. Czasami na śniadanie jest bułka z dżemem. Wystarczy.

Drugi dzień podróży i Warszawa. Całkiem nieźle, prawie trzymamy się planu. Przecież jesteśmy umówieni z Antkiem w Mikołajkach na konkretny dzień. Ale jak nie zdążymy, to nici z żeglowania - tamci też mają swoje plany. Jednak nie dopuszczamy tej myśli do naszej świadomości. Po prostu w poniedziałek musimy być w Mikołajkach i basta.

Zwiedzamy miasto, trzeba coś zobaczyć, po to przecież podróżujemy. Wrażenia? Takie sobie. Nasz Bytom wytrzymuje, moim zdaniem, konkurencję. Mamy dużo starszych i w niezłym stanie budowli. No, ale w końcu jesteśmy w STOLYCY.
 

Niedziela. Ruch na drogach słaby, bardzo słaby, a my koniecznie chcemy dotrzeć do Olsztyna! Pojawia się ciężarówka. Łapiemy.

Jedziemy autostopem, jedziemy autostopem

W ten sposób możesz bracie przejechać Europę

Gdzie szosy biała nić, tam bracie śmiało wyjdź

I nie martw się, co będzie potem

Autostop, autostop, wsiadaj bracie dalej, hop!…

Słowa popularnej piosenki Karin Stanek ledwo słyszymy z radia kierowcy, wiozącego nas na pace stara, na pace, która wyściełana jest dywanikiem wysypanego z niedawno przewożonych worków... cementu. Na szczęście kierowca zbacza z naszej trasy. Wysiadamy, intensywnie czyścimy spodnie i buty. Niestety, nie zajechaliśmy za daleko. Aut na szosie mało, natomiast konkurencji coraz więcej. Amatorzy tanich podróży w leniwym bezruchu całymi gromadami okupują pobocze drogi. W rozmowie stawiają sceptyczne prognozy, stwierdzając: - Dziś posucha, nie ma aut. - Udajemy wytrawnych stopowiczów: stwierdzamy, że liczyliśmy się z taką sytuacją.

 

Takie właśnie lubliny jeździły po polskich drogach przeszło pół wieku temu...
 Zastanawiamy się co zrobić? Dochodzimy do wniosku, że chyba wczoraj mieliśmy jechać dalej, odpuścić zwiedzanie Warszawy; i tak nie wynieśliśmy z zwiedzania zbyt wiele. Postanawiamy iść w odwrotną, niż cel naszej podróży stronę. Pójdziemy paręset metrów bliżej. Przechytrzymy tę zgraję „kolegów”. Ale tutaj też nie najlepiej. Stoi kilku stopowiczów. Mijają godziny, a my nadal tkwimy na poboczu jak ten kołek w płocie. Następna decyzja - rozdzielamy się. W pojedynkę mamy większe szanse. Ustalamy, że spotykamy się na rogatkach Olsztyna. Dzisiaj musimy tam dotrzeć. Zyga ma szczęście i refleks. Załapuje się do szoferki jakże popularnej w tych latach ciężarówki „Lublin”

Zostałem sam i stoję jeszcze długo w tym samym miejscu. Już niemal zwątpiłem, gdy nagle z niesamowitą szybkością wyłania się na horyzoncie jakaś limuzyna. Super auto! Jeszcze takiego nie widziałem. Zdesperowany macham moją książeczką, lecz bardziej dla uspokojenia sumienia - na pewno się nie zatrzyma.

O rany, nie do wiary! Pisk opon i wspaniały rumak marki „Jaguar” jednak zatrzymuje się przede mną. Natychmiast dobiega inny stopowicz. Niestety, jaguar posiada tylko jedno miejsce pasażera. Ale dobra nasza! - kierowca, dystyngowany pan o nienagannych manierach, woła:

- Siadajcie obaj, jeden przed drugim, a plecaki za siedzenie!

 

...a takich jaguarów też już się teraz nie widuje...

Jedziemy! To fantastyczne i niewiarygodne zarazem: pędzimy po prawie pustej drodze. Dojadę do Olsztyna!! Już po godzinie mijamy z prędkością błyskawicy „Lublina” w którym wlecze się Zyga. Dystyngowany pan częstuje nas wykwintnymi czekoladkami i papierosami „Marlboro”; jest wesoły, rozmowny i wyluzowany. Zabrał nas, bo nudno w podróży, a w miłym towarzystwie można pogadać. Okazuje się, że jest pracownikiem ambasady polskiej w Anglii; no tak, wiadomo już, skąd ta limuzyna, maniery i high life. Dyplomata pokazuje na prostym odcinku drogi możliwości maszyny. Licznik pokazuje sto pięć mil, czyli sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę! W tamtych czasach to był naprawdę spory wyczyn. Niesamowite przeżycie, Zyga nie uwierzy!

 

Ani się spostrzegłem, kiedy znaleźliśmy się na przedmieściach Olsztyna. Nasz dobroczyńca jedzie do miasta, musimy więc wysiadać. Zajmuję pozycję na poboczu – przede mną długie czekanie na Zygę. Jest godzina szósta po południu. Przy drodze stoją inni stopowicze: siedmiu chłopców i dwie dziewczyny osobno, na boku. Auta jeżdżą rzadko. Nie angażuję się w zatrzymywanie, przecież nie pojadę sam dalej - umówiliśmy się tutaj.

Mam czas na obserwację poczynań chłopaków. Ciekawe czy i kiedy się zabiorą. Auta nie chcą się zatrzymywać. Chyba dwudzieste z rzędu przystaje około 100 metrów dalej. Chłopcy biegną co sił w nogach w kierunku ciężarówki; gdy są już tuż-tuż, samochód pełnym gazem rusza, po to, by oni z rozpaczą mogli zobaczyć oddalający się w szybkim tempie tył pojazdu. Głupi dowcip kierowcy.

Nawiązuję rozmowę z dziewczynami. Ładne laski. Jadą do Giżycka, do znajomych. Chłopcy po zastanowieniu wracają, lecz po drodze ponownie dają się nabrać na podobne przedstawienie. Kierowca drugiego samochodu jest jeszcze bardziej perfidny, bo dwa razy przyhamowuje, by znowu się rozpędzić.

Tymczasem wreszcie dojeżdża Zyga. Osobowym. Mówi, że lublinem przyjechałby dopiero za godzinę. Patrzę na zegarek - jeszcze mamy szanse dojechać do Mikołajek! Rewelacja!

Chłopcy dochodzą do nas. Jest nas teraz dziewięciu i dziewczyny. Po naradzie postanawiamy: chłopcy starannie maskują się w rowie, a dziewczyny zatrzymują.

"Star 20" - inny król polskich szos lat 50. i 60. 

Jedzie znowu podobne auto, nawet logo przedsiębiorstwa jakby to samo. Emocje rosną, ale kto by się nie zatrzymał, widząc dwie tak piękne dziewczyny? Podczas, gdy kierowca z pomocnikiem zapraszają je do szoferki, dziewięciu sprawnych chłopaków ze swoimi plecakami już siedzi na pace. Choć ładownia prawie całkowicie wypełniona owocami leśnymi, zostało troszkę miejsca, by w dziewiątkę tam się zmieścić. Widząc, co się święci, faceci zapominają o dziewczynach; podbiegają do nas i rozkazują: - Złazić! - Cisza. O, nie, za nic nie zejdziemy! Tamci zaczynają prosić: - Panowie, zejdźcie… - a potem już: - No dobra, tylko nie zniszczcie owoców, jagód, borówek!!! - Obiecujemy.

Okazuje się, że dzisiaj dzień skupu przedsiębiorstwa „Las”. Wszystkie przejeżdżające ciężarówki należą do niego. Po chwili wiemy już, dlaczego kierowcy wykręcali takie numery. Umówili się dać nauczkę stopowiczom, po zdarzeniu jakie miało miejsce przed kilkoma dniami, kiedy podobni nam przygodni pasażerowie zniszczyli im znaczną część towaru.

My jednak gramy fair i dotrzymujemy słowa; dojechaliśmy do celu o dziewiątej wieczorem, a kierowca zachował swój ładunek w nienaruszonym stanie.
 
(ciąg dalszy nastąpi)

 wspomnienia Janka spisał i zdjęciami opatrzył: Krzysztof Woźniak   

Powered by Bullraider.com