• To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

  • To była szkoła, to były czasy!

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Zamawianie biuletynu

Włącz swój javascript, aby przesłać ten formularz

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
 

W pierwszych kilkunastu latach historii naszej szkoły miały miejsce  dwa internacjonalistyczne (powiedzielibyśmy, korzystając z ówczesnej retoryki) epizody, które wniosły nieco egzotyki w szkolną rzeczywistość. Obydwa były pokłosiem skomplikowanej sytuacji międzynarodowej lat 50. i 60. ubiegłego wieku, a konkretnie wojny w Korei i konfliktu kubańskiego...

Koreańczycy w Technikum Gospodarki Komunalnej

Od pierwszego roku funkcjonowania Technikum Gospodarki Komunalnej (jeszcze przy ul. Dworcowej) w gronie jego uczniów znalazło się dwóch młodzieńców z dalekiej Korei, a ściślej z jej północnej części: Gu Dun Gan i Kim Zin Jen. Obydwaj byli bardzo pilni, ale Gu był zawsze wesoły, natomiast Kim spokojny i zrównoważony. Siłą rzeczy mieli duże trudności z opanowaniem języka polskiego, w czym im stale pomagała polonistka, pani Bogumiła Kopeć.

Wspomina ówczesna sekretarka, Elżbieta Sochacka:

 
ES: Obydwaj młodzieńcy, wdzięczni za okazaną pomoc, bardzo się do niej przywiązali i nawet po powrocie do swego kraju jeszcze dawali tego dowody w serdecznych listach, które od nich otrzymywała prof. Kopeć. Byli to chłopcy inteligentni i żądni wiedzy. Mentalnością różnili się od naszej młodzieży: spokojni, skupieni, zawsze poważni, nie rzucający zbędnych słów na wiatr. Nie tylko swym wyglądem skośnookich Azjatów, ale również tymi cechami umysłowości i charakteru wyróżniali się w grupie swych polskich rówieśników. Szczególne uzdolnienia wykazywali w matematyce i przedmiotach ścisłych. Maturę zdali w roku 1957, jako jedni spośród pierwszych absolwentów szkoły. Z dyplomami w kieszeni, opuścili nasz kraj, aby wrócić do ojczystej Korei i wziąć czynny udział w jej odbudowie ze zniszczeń wojennych.
 
 
 Dyrektor Technikum Gospordarki Komunalnej, dr Jerzy Biernacki, z Koreańczykami na schodach „tylnego” budynku szkoły przy ul. Dworcowej. Z lewej Gu, z prawej Kim. Obydwaj byli bardzo zaprzyjaźnieni z rodziną Biernackich (fotografia z archiwum Andrzeja Macierzyńskiego).
Pięć lat później egzotyka w naszej szkole zatoczyła znacznie szersze kręgi. W roku 1962 utworzona została specjalna klasa obcokrajowców, która z racji zdecydowanej przewagi w niej Kubańczyków, zyskała miano "kubańskiej". Wspomina ówczesna polonistka, Eugenia Ćwiertniak:

Kilka wspomnień z wykładów z języka polskiego w klasie kubańskiej Technikum Energetycznego

EĆ: W latach sześćdziesiątych, w ramach wymiany kulturalno-oświatowej w zakresie kształcenia młodzieży zaprzyjaźnionych krajów, nasze Technikum Energetyczne przyjęło w swe gościnne progi kilkunastoosobową grupę uczniów, przybyłych z Kuby, „wyspy jak wulkan gorącej”. W grupie tej znaleźli się również dwaj Kenijczycy: mały sympatyczny John, „maskotka” - i wielki, czarny jak smoła Murzyn, Barak Colly, zwany Barrym. Po trzech miesiącach do tej gwarnej, pełnej temperamentu gromadki dołączył jeszcze jeden ciemnoskóry i ciemnooki Ahmed Malki, młody Algierczyk, podleczywszy się ze swych trzynastu ran, otrzymanych podczas walk wyzwoleńczych. Ten właśnie uczeń, po zdaniu naszej matury, ożenił się później z panią Marysią, ówczesną sekretarką Technikum i ukończył w naszym kraju studia inżynieryjne, zanim oboje wyjechali do dalekiej Algierii. Ich syn „Żozef” - podobnie jak jego ojciec - uznał Polskę za swą drugą ojczyznę i podjął tu studia.

Omawiana klasa miała trzyletni kurs nauczania. Był to program skrócony lecz przy barierach językowych stanowił on niemały trud nawet dla tak inteligentnych i zdolnych, a w kilku wypadkach wręcz utalentowanych, młodych ludzi. Przychodzili oni na lekcje, szczególnie w pierwszym roku nauki, ze słownikiem hiszpańsko-polskim. Algierczyk ze słownikiem francusko-polskim, Kenijczycy - z angielsko-polskim. My – wykładowcy - takie słowniki często mieliśmy także pod ręką. Mnie trochę pomagała znajomość łaciny, dzięki jej pewnym zbieżnościom z językiem hiszpańskim. Z biegiem czasu, nawet już po roku, trudności językowe zaczęły zanikać, choć akcent różnił obcokrajowców od ich polskich kolegów.

Na początku pierwszego roku dyr. Wieruszewski wraz z wykładowcami postanowił zorganizować zapoznawcze spotkanie egzotycznych przybyszów z naszą młodzieżą. Spotkanie to było pełne emocji, pytań, wymiany poglądów - sympatyczne i ciekawe. Nie zabrakło jednak momentu pewnego zaskoczenia, kiedy Barak zabrał głos, apodyktycznie oświadczając, że „w Polsce źle, wolności brak, u „angielćki” lepiej. Anglia dała Kenii jeden angielski język w zamian za czterdzieści plemiennych, niezrozumiałych często języków.

Powstawały szkoły, powstały miasta zamiast buszu. Patriotyzm to dla nich obce, niezrozumiałe słowo. Oni - jak piłka na boisku - kierują się tam, gdzie ktoś da więcej.

Natomiast Kubańczycy, a wśród nich Angel Zuazo Lopez, Felix Cabrera, Jesus Junio [Jesus Juig - przyp. red.], Angel Santana, Lauchy, Rodriguez, Ramon Pausa, a także wspomniany wcześniej Malki - zaprezentowali się jako bohaterscy, pełni humoru i godności patrioci. Swoje prace z języka polskiego kończyli zawsze zwrotem: „Niech żyje Kuba!” Niech żyje Fidel Castro!”

Swój gorący temperament południowców wyładowywali nieraz w śpiewie, na przerwach, a akompaniament do niego stanowiły z zapałem wybijane głucho, rytmicznie takty dłońmi, w odwrócone do góry nogami krzesła.

Chętnie też występowali na szkolnych, okolicznościowych akademiach, lubili oglądać filmy i chodzić do opery. O ich żywości niech świadczy przykład „Felusia” Cabrery, „żywego srebra”, który zawsze ochoczo wyrywał się do tablicy, a oczekując przy niej na podanie jakiegoś zapisu, nie mógł spokojnie ustać i zanim zaczął pisać, przynajmniej ze trzy razy okręcił się w kółko. On to opowiedział nam przygodę, jaką przeżyli ze swoją matką, kiedy wracali z ferii, udzielonych uczniom na „Christmas” w rodzinnym kraju. Będąc już w Poznaniu, nagle poczuli, że ich autobus wpadł w poślizg i wywrócił się na dach. Jadące za nimi sznurem wozy zatrzymały się, a przerażeni kierowcy i pasażerowie zamarli w oczekiwaniu na tragiczne skutki katastrofy. Tymczasem z otwartych drzwiczek wywróconego autobusu zaczęli wychodzić gęsiego pasażerowie - wszyscy żywi, zdrowi i cali.

Cała grupa uczyła się sumiennie, poza jednym wyjątkiem - Barrym. Miał sto wykrętów na wytłumaczenie braku zadań, m.in. choroby i brak czasu, bo mu „ćłudziącia uciekła”. Dyrektor Wieruszewski orzekł, że „nie dziwota, bo jest namolny dla płci odmiennej”, a w ogóle to -”twój ojciec jeszcze golasem niedawno latał po puszczy – mówił - i zjadał ludzi, a ty nagle taki pan, że choć tobie Polska jest ‘byle czym’ - chcesz mieć służącą: ja sam, ani żaden z twoich kolegów klasowych jej przecież nie ma. Otrzymujesz stypendium wiele razy przewyższające stypendium uczniów, choć Kenia nie ma swego tu przedstawicielstwa i właśnie Polska daje ci pieniądze i szkołę”.

Pewnego razu szliśmy na zalecany przez władze szkolne film. Barak stwierdził, że „nie ma za co”, choć parę dni temu otrzymał stypendium. Chętnie przyjął ode mnie pożyczkę, ku zgorszeniu klasy. Kubańczycy orzekli, że dopilnują, aby pożyczkę zwrócił. I dopilnowali.

Jeszcze jedną przygodę przeżył Barry. Otóż często gęsto lubił podrażnić się z tym i owym - a szczególnie z Jesusem Junio [Jesusem Juigiem – przyp. red]. Ten pewnego razu obierał na przerwie jabłko kozikiem. Dogadującego mu Baraka poprosił, aby dał spokój, ale bez skutku. Wtedy Junio zamachnął się i niechcący trafił lekko w spodnie Murzyna. Ten podniósł wtedy straszny lament, na co weszła pani inż. Brzeżańska i usłyszała, że „John ma biec na milicję, bo Junio dokonał na nim zbrodni - on umiera - a dowód może okazać, spuszczając spodnie”. Kiedy Barak zaczął zamiar wprowadzać w czyn, pani inżynier dała nogę i nie oparła się, aż w pokoju nauczycielskim, wyjaśniając przyczynę swego wzburzenia...

To tylko garstka wspomnień z trzech lat pracy z klasą Kubańczyków. Jak bardzo zmieniła się ta gwarna początkowo grupa przybyłych do nas gości… Trzeba było ich widzieć w chwili rozdania matur, kiedy przejętych tym faktem uczniów także nie mniej wzruszony pan dyrektor Wieruszewski żegnał słowami uznania za wysiłek tych lat szkolnych, wspólnie z nami przeżytych, żywiąc nadzieję, że oni właśnie będą ambasadorami przyjaźni polsko-kubańskiej.

Cała grupa z powagą słuchała słów przełożonego, stojąc rzędem w swych świątecznych, ciemnych garniturach. Ich wygląd świadczył, jak wyraźny ślad zostawiły te lata w szkole przebyte.

 

Klasa Vc rocznik 1965. I rząd od lewej: Fernando Ganfo, Cosme Gorgoy Bellester, Esteban Godinez, Felix Sanchez, Jesus Antelo Juig, dyr. B. Wieruszewski, John Odera Ovalla, Angel Lauchy Sanudo, prof. J. Przybylski, Genunio Rodriguez;

II rząd od lewej: Saul Ortiz Roque, Francisco Leon Prieto, Angel Zuazo Lopez, Ramon Pausa Bello, Ahmed Malki, Melquiades Bandera Ramirez, Barak Colly, Gullermo Cabrera Garcia, Angel Santana Pinon, Fausto de la Fuente.

A oto jak egzotyczni przybysze byli widziani oczyma swych polskich kolegów. Wspomina Jan Dziedzic (Vb 1963):

JD: Na wspominanym spotkaniu (Klub Przyjaźni z narodami Afryki i Kuby - coś w tym rodzaju) padło pytanie: - Dlaczego przyjechałeś do Polski? – na co ten Murzynek odpowiedział: - Bo tu mi najwięcej obiecali!

Była to odpowiedź „niewłaściwa”, bo natychmiast - chyba „Wieruś”- wyjaśnił wszystkim, jak to kraje socjalistyczne pomagają wyzwolonym spod kapitalizmu i wszyscy wolą przyjeżdżać tu, niż na Zachód. Ci egzotyczni studenci mieli obowiązkowe „pranie mózgów”. Potem wyjechali do Warszawy na dalsze studia (chyba polityczne).

Nasza klasa miała wspólne ćwiczenia z ciemnoskórymi w pracowni elektrycznej. Zapamiętałem taki szczegół, jak przy sąsiednim stanowisku pomiarowym jeden z nich połączył układ elektryczny z kilkoma przyrządami. Jaki przewód nawinął się jemu pod rękę, taki wykorzystał. A że niektóre były za krótkie, to poziome mierniki wisiały przypięte do tablicy jak bombki na choince. Jak prowadzący przyszedł sprawdzić układ przed załączeniem, to się tylko za głowę złapał.

Jedno jest pewne, że grupa cudzoziemców była wyjątkowo przychylnie traktowana. Co by nie zaszło, to na pewno ktoś z góry musiałby za to zapłacić posadą.

Wracając do spotkania przyjaźni (w klasie dominowało określenie - idziemy do „Klubu Murzynów”) - po dyskusji, ciasteczkach, herbatce były tańce. Do siedzącej obok mnie koleżanki podszedł z tyłu czarnoskóry Kenijczyk i położył jej rękę na ramieniu, chcąc zaprosić ją do tańca. Gdy ona zobaczyła przy swojej twarzy tę ogromną, czarną dłoń, to o mało nie zemdlała (to jej opinia).

W sumie jednak darzyliśmy Kubańczyków sympatią. Dzięki nim było trochę egzotyki w naszej szkole.

Na koniec garść impresji opowiadających jak zapamiętali pobyt w naszej szkole nasi goście. Wspomina Angel Zuazo Lopez (Vc 1965)
AZL: Nasza grupa Kubańczyków dotarła do Piekar Śląskich w dniu 23 października 1962 roku. To był bardzo szczególny dzień dla nas, ponieważ Kuba była w połowie kryzysu rakiet jądrowych. Była to najbliższa możliwość wojny jądrowej w okresie zimnej wojny. Aby dotrzeć do Piekar Śląskich podróżowaliśmy z Cieszyna przez cały ranek z grupą Kubańczyków, którzy pracowali w fabryce maszyn elektrycznych „Celma” w Cieszynie przez 11 miesięcy. Po tych 11 miesiącach zostaliśmy wysłani do Technikum Energetycznego im. Marii Curie-Skłodowskiej w Bytomiu.

Tam spotkaliśmy kolegów, którzy przybyli z Tarnowa i Jasła, żeby wspólnie z nimi stworzyć grupę 15 Kubańczyków, którzy mieli za zadanie ukończyć w ciągu trzech lat regularny pięcioletni program nauki dla Polaków.

Początek był trudny, ponieważ wielu z nas wciąż nie władało dobrze językiem polskim, a że zajęcia były w języku polskim, wymagało to od nas większego wysiłku. Mieszkaliśmy w Domu Górnika należącego do kopalni „Rozbark” w Piekarach Śląskich i stamtąd dojeżdżaliśmy codziennie do Bytomia na zajęcia. W tym Domu Górnika spotkaliśmy inną grupę Kubańczyków, którzy byli na praktyce w kopalniach Bytomia. Wśród nich była Kubanka o imieniu Carmen. Kubańczycy ci skończyli swoje praktyki na początku 1963 roku i wrócili na Kubę. Z biegiem czasu nasza grupa powiększyła się o dwóch Kenijczyków, Johna Odera Ovalla i Baracka Colly, a następnie dołączył do naszej grupy Algierczyk Sid Ahmed Malki.

 

I tak zaczęliśmy uczyć się w technikum. Pamiętam ze wzruszeniem naszych pierwszych nauczycieli: Stefana Szubę, który uczył nas fizyki, pana dyrektora Wieruszewskiego, który uczył nas matematyki, Panią Eugenię Ćwiertniak, nauczycielkę języka polskiego, oraz profesora Mariana Chałupę, wykładowcę elektrotechniki. To właśnie pan Chałupa powiedział, że uczniowie w klasie mogą aspirować tylko na trójkę na testach, bo dopiero on mógł zdobyć czwórkę, a piątkę tylko sam Bóg. Również pamiętam dobrze nauczyciela Józefa Przybylskiego, który uczył nas mechaniki i rysunku technicznego, a z którym utrzymywałem przyjacielskie stosunki na Kubie, kiedy on wykładał na Politechnice w Hawanie. Pamiętam też nauczycieli: Joachima Górskiego, Edwarda Makulę (który nawet chciał nam podarować szybowiec) oraz wicedyrektora Nafalskiego.

Raz w ramach nauki w technikum miałem okazję pojechać na wycieczkę do Pszczyny wraz z moim kolegą z klasy, Melquiadesem Ramirezem, profesorem Józefem Przybylskim i jego żoną. To było bardzo zabawne, bo profesor był zainteresowany ćwiczeniem języka hiszpańskiego, gdyż wiedział, że ma jechać, aby wykładać na Kubie. Podczas wycieczki chciał praktykować swoją wiedzę językową z nami, ale ponieważ dopiero zaczął się uczyć hiszpańskiego mówił dość niepoprawnie.

W ramach naszego programu nauczania mieliśmy też praktyki w ciepłowni „Szombierki”, w kopalni cynku i ołowiu „Julian Marchlewski” i w elektrowni w Miechowicach. W tej elektrowni poznaliśmy inż. Wilibalda Winklera, który lata później został mianowany rektorem Politechniki Śląskiej w Gliwicach, a wówczas również zadbał o nasze praktyki zawodowe w elektrowni.

W lipcu 1963 roku wyjechaliśmy na wakacje na Kubę i po naszym powrocie przeprowadziliśmy się do Hotelu Budowniczych na ulicy Józefczaka 29 w Bytomiu, bardzo blisko od szkoły. To zaoszczędziło nam wiele czasu, ponieważ nie musieliśmy już tak daleko dojeżdżać.

Nasz program był bardzo intensywny, od 8 do 10 godzin dziennie, także w soboty, tak żeby udało się zakończyć pięcioletni program w trzy lata.

Ukończyliśmy naukę w technikum w lipcu 1965 r. Otrzymaliśmy dyplom absolwenta szkoły, ale pozostaliśmy jeszcze trzy miesiące na praktyce w różnych zakładach przemysłowych. Ja miałem staż w elektrowni w Miechowicach z inż. Winklerem, z którym raz pojechałem do Turowa, żeby tam poznać ogromną elektrownię.

Wróciliśmy na Kubę w październiku 1965 roku. Wielu z nas ożeniło się z polskimi dziewczętami.

W styczniu 1965 ożeniłem się z Marysią ze Śląska, z Nowego Bytomia, która była moją żoną przez 23 lata, aż do swojej śmierci w 1989 roku. Z tego małżeństwa mieliśmy córkę. Po powrocie do kraju zaczęliśmy pracować w przemyśle.

Mnie osobiście bardzo służyło uczenie się w Technikum im. Marii Curie-Skłodowskiej, ponieważ mogłem wykorzystać wiedzę zdobytą tam, w mojej pracy na Kubie. Wziąłem udział w otwarciu elektrowni w Mariel w 1965 roku. Od 1966 roku pracowałem przez 35 lat, aż do mojej emerytury, w fabryce włókienniczej „Ruben Martinez Villena” jako szef wydziału energetycznego i energii elektrycznej.

 

redakcja: Krzysztof Woźniak (Va 1975)

 

 

Komentarze obsługiwane przez CComment