• Janina Markiewicz

  • Jan Nafalski

  • Kazimierz Nikodemowicz

  • Maria Paczocha

  • Maksymilian Papiorek

Energetyk-Elektronik

To była szkoła, to były czasy!

Znajdź na naszej witrynie

Gościmy

Odwiedza nas 66 gości oraz 0 użytkowników.

Facebook
Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 
  W retrospektywnym cyklu "Było, nie minęło" prezentujemy wspomnienia Grażyny Romańskiej, naszej absolwentki (Vb 1975) i długoletniej nauczycielki języka rosyjskiego. Opisywane przez słynną "Carycę" wydarzenia z pewnością uznać należy za "nietypową drogę życia", która jednocześnie stanowi kawał historii (niemal dokładnie połowę) Energetyka-Elektronika. Pierwsza część opowieści to losy Grażyny jako uczennicy.
Do szkoły „chodziłam” bardzo długo, 5 lat jako uczennica, a później 27 lat jako nauczycielka. Mam więc taki obustronny ogląd, chociaż szkoła zmieniała się z różnych powodów, a i ja dojrzewałam w obydwu tych rolach. W pierwszej klasie, oprócz szoku w postaci ocen dostatecznych (dla uczennicy z samymi piątkami w podstawówce), zaimponowało mi wszystko, począwszy od wychowawcy p. Mariana Koczura, braku konieczności noszenia mundurków, dyrektora Wieruszewskiego, „Trzynastki”, skończywszy na taaakiej ilości przystojnych chłopaków. Później było troszkę gorzej, okazało się mianowicie, że trzeba się uczyć, a do tego nie byłam przyzwyczajona, bo w szkole podstawowej wystarczało mi to, co na lekcjach plus odrobienie zadań (chodziłam do doskonałej szkoły przy ulicy Piekarskiej).
 
Liceum (w przeszłości wraz ze szkołą podstawową) przy ul. Piekarskiej
Zaczęłam żałować wyboru, dokonanego nieświadomie. Po prostu nie chciałyśmy już dłużej chodzić na Piekarską, gdzie był również ogólniak, chciałyśmy z koleżanką coś zmienić i brałyśmy pod uwagę różne warianty. Ekonomik - nudny, całe życie w cyferkach, Budowlanka - dla mnie nie do przyjęcia, bo rysunek to moja słaba strona. Zaprowadzili nas w ósmej klasie do Energetyka, a tam… w pracowni brylował przystojny Kazimierz Borowiec, palący fajkę (tytoń „Amphora” o zniewalającym aromacie). Wystarczyło nam znaczące spojrzenie na siebie – to jest to. 
  
Od lewej: K. Borowiec, T. Pawela, M. Koczur

Postanowiłyśmy zatem i - pomimo sugestii rodziców oraz wychowawczyni z podstawówki - przystąpiłyśmy do egzaminów wstępnych; zdałyśmy je, ale znalazłyśmy się w różnych klasach. O zmianę jednak nie prosiłyśmy, bo Dance Moskal bardzo się podobała wychowawczyni, pani Teresa Pawela, a mnie wychowawca - pan Marian Koczur. Tak więc zostało, ale nasza przyjaźń przetrwała do dziś.

W pierwszej klasie nastąpiły wielkie rozczarowania. Na lekcji chemii zupełnie nie rozumiałam, skąd się biorą jakieś cyferki przy reakcjach. W szkole podstawowej uczyła nas bowiem starsza nauczycielka liceum, na lekcjach której w kółko „przerabialiśmy” wodorotlenki i barwiliśmy sobie fenoloftaleinę. U nas, w Energetyku, wystarczyła jedna rundka pani Szymik po klasie z notesikiem w ręce i już było 5 minusów, co było równoznaczne z oceną niedostateczną. Do tego rysunek techniczny - od razu w tuszu w mojej klasie (zrobiłam samodzielnie jeden). Powiedziałam rodzicom, że rezygnuję z tej szkoły. Wysłali mnie na korepetycje i już po kilku lekcjach wiedziałam o co chodzi, skończyłam chemię z piątką.

 
Rok 1972. Jeden z wielu harcerskich występów. Pierwsza z lewej - G. Romańska (stoi)
Z rysunkiem też sobie „poradziłam” - pisałam wypracowania chłopcom, a oni wykonywali za mnie rysunki, co prawda zawsze z opóźnieniem (za co miałam wiecznie kary w postaci dodatkowych rysunków). Rysunek się skończył, ale wypracowania pisałam dalej, łącznie z opracowaniami artykułów z „Życia Literackiego” (co miesiąc oddawaliśmy pani Kopeć zeszycik pt. „Współczesne życie literackie”). Pisałam więc, uważając, żeby nie powtarzać zdań w dwóch czy trzech wersjach, a na dokładkę jeszcze musiałam na lekcjach „czepiać się” i wytykać błędy, czym nie zaskarbiałam sobie sympatii niektórych kolegów. Nie czyniłam tego jednak z własnej woli, a wyznaczona przez polonistkę. Jeden z kolegów do dziś mi to pamięta.
    
Od lewej: W. Szymik, B. Kopeć, S. Mglej
W drugiej klasie naszą wychowawczynią została pani Kopeć, a matematyki zaczęła uczyć, po pani Oszczygieł, pani Mglej. Niełatwe to było życie. Kiedyś nawet, wobec grożących nam (mnie i Krystynie Piętce) dwój z matematyki na okres, planowałyśmy rozstanie się z życiem poprzez odkręcenie gazu. Na wielkie szczęście dwój nie dostałyśmy i szczęśliwie przeżyłyśmy, zdając maturę z matematyki na piątki (bez niczyjej pomocy). Rozwiązywało się wtedy setki zadań i nie było, że ferie… jak teraz. Spotykaliśmy się w kilka osób i rachowaliśmy do upojenia. Nawet jakby się bardzo nie chciało nauczyć, to po prostu nie było takiej możliwości.
Później także było dużo różnych „przejść”, m.in. z panią Brzeżańską (w trzeciej klasie - 11 godzin tygodniowo), ale i fantastyczne lekcje z doktorem Gembalą, tak przystojnym i tak ujmującym, że wstyd było nie umieć czegoś. Co prawda na pracowniach chłopcy nie dopuszczali nas do stołu pomiarowego, my byłyśmy tylko do notowania danych i pisania sprawozdań.
 
Mikołajki 1973. G. Romańska druga od prawej.
W ostatniej klasie pan Liziniewicz zamknął nas (Piętkę i mnie) w pracowni i kazał połączyć układ. Nie miałyśmy pojęcia jak to zrobić, ale jakoś, cudem chyba, udało się nam tego dokonać, czym zasłużyłyśmy sobie na uznanie i piątki na koniec (kiedy już uczyłam, dyr. Liziniewicz ciągle wykrzykiwał „Caryca, coś ty zrobiła, na co ty poszłaś!”). Już w czwartej klasie zaczęłam mieć wątpliwości, co do kontynuacji nauki na politechnice, ale dzielnie chodziłam do półrocza piątej klasy na fakultet z fizyki.
Po poważnej rozmowie z ojcem i panią Pawelową, podjęłam decyzję o porzuceniu myśli o politechnice. Filologia rosyjska miała być tylko etapem pośrednim przed podyplomowym dziennikarstwem. Niestety, kiedy byłam na trzecim roku, dziennikarstwo stało się kierunkiem na naukach politycznych, tak więc zakończyłam edukację na rusycystyce. Nie żałuję ani jednej z tych decyzji. Technikum dało mi dużo więcej niż myślałam. Logikę zdałam na uczelni jako jedyna w pierwszym terminie, ale to nie najważniejsze.
Naszą szkołę doceniłam w pełni dopiero w porównaniu z beznadziejnymi studiami w „szkółce” pt. UŚ. Pod każdym względem nas kształciła i kształtowała. Uczono nas myśleć, ale i pozwalano rozwijać inne zainteresowania. Harcerstwo i inne zajęcia pozalekcyjne pozostawiły nam wspomnienia na całe życie, przyjaźnie i poczucie przynależności, identyfikowanie się z naszą szkołą.
 
(ciąg dalszy nastapi)
 redakcja: Krzysztof Woźniak
 
Powered by Bullraider.com